czwartek, 16 lutego 2012

POM Karczew i Mercedes



Hala 5
W POM-ie <Państwowym Ośrodku Maszynowym> nie było kompletnie nic do roboty a dziad kierownik nigdy nie chciał nas zwalniać do domu, co prawda uciekaliśmy jak zawsze, ale raz na jakiś czas się jarzył że dajemy nogę i potem trzeba było siedzieć dłużej. Pewnego pięknego i jak zawsze nudnego dnia postanowiliśmy zabawić się w kowbojów. Stanęliśmy w sześciu za ostatnim ciągnikiem na końcu hali. Licząc w metrach, było to miejsce najdalej usytuowane od biura kierownika. Najpierw chłopaki wsypali trochę piachu do zbiornika paliwa naszego "kamuflażu", by mechanik mógł go potem naprawdę naprawić <Ursusa 30>. Skoro i tak rozbierali ten silnik to mogą od razu remont zrobić, bo jak smok zassa piach to cylindry powinny sie porysować i coś raczej do przewidzenia stałoby się z pierścieniami, bo ze względów oszczędnościowych nie wszędzie był umieszczany filtr paliwa. :) Ok, więc wracam do 'kowbojów'. Byłem tam obecny ja, Tadzik, Grzesiek, Przybysz, Jureczko i Misztal. Zadaniem naszym było jak najszybciej wyjąć pistolet z kabury, oczywiście naładowany i zabić wroga. :) Pistoletem była to wiertarka mała, około 2-kilowa, podłączona do prądu, a kabura to kieszeń, od spodni mundurku na tyle duża, że mieściła całą wiertarkę. Jeden po drugim coraz szybciej wyciągaliśmy broń i strzelaliśmy, robiąc hałas na całą halę. W pewnym momencie nadeszła moja kolej, miałem już taki odruch bezwarunkowy palca wskazującego, że nacisnąłem spust zanim wyjąłem całą wiertarę i wkręciła mi się w kieszeń. Wokół wrzeciona tak się zaklinował materiał, że za nic nie szło jej odkręcić. Nawinęła tyle materiału, że prawa nogawka skróciła się o 10 centymetrów odsłaniając mi kostkę. Chłopaki tak walnęli śmiechem, że nie potrafili wydusić z siebie słowa, gapili się tylko jak się szarpie z wiertarą i ryli jak wariaci. Jakby jakieś fatum panowało. W tym momencie zaczął drzeć się kierownik i szybkim krokiem skierował się w naszą stronę zobaczyć co się stało. Zawsze pojawiał się w najmniej odpowiednim momencie. Te barany zamiast mi pomóc ciągle zataczali się ze śmiechu, a kierownik był tuż tuż.
Wyrwałem kabel z prądu i schowałem się za ciągnik w sekundzie, w której kierownik wparował między nich, a ja zwiałem w stronę przeciwną. 'Co to za wrzaski?!' - Zapytał groźnie. 'A nie, nic panie kierowniku, bo Jureczko nam kawał opowiedział.' Wyrwał się któryś. W razie potrzeby każdy potrafił wymyśleć dobry kit w ułamku sekundy. Coś tam dalej ich ochrzaniał i kazał jak zwykle sprzątać, jakby było co, przecież my tam już dwa miesiące sprzątaliśmy od 8H00 do 16H00. Cudem nawet nie zauważył, że mnie nie ma. Uwolniłem się ze śmiertelnego uścisku dopiero po jakiś 15 minutach już z pomocą Grześka. Odbębniliśmy swoje i spadliśmy z tego zakichanego Karczewa, gdzie jest statystycznie największy odsetek ludzi chorych umysłowo w Polsce. Był to jeden z wielu podobnych dni. Pracował tam jeden mechanik, chociaż ciężko powiedzieć, że pracował i że był to mechanik. Nigdzie się nie ruszał bez młotka, walił we wszystko. W śruby, nakrętki, podkładki, zaślepki, korby, we wszystko. Przykręcając coś czy odkręcając ciągle walił albo młotkiem, albo młotkiem za pomocą mesla. Dla nas to był kowal do podkuwania koni, nie mechanik. Z nudów zaczęliśmy dbać jedni o upiększenie wyglądu drugich. Mianowicie najładniejszy mundurek powinien być pozbawiony wszelkich kieszeni. Tak się rozpoczęło ich rwanie. Nie było nikogo kto wyszedłby tego dnia z praktyk bez szwanku. Grzesiek stracił dwie kieszenie w mundurku i rozdarte spodnie od pasa do kolan, Przybysz też dwie kieszenie. Mi artyści urwali kieszonkę z lewej strony na klacie. Tadzik był cały podarty, nawet na plecach. Zabawa była przednia, wystarczyło tylko dobrze złapać za kieszeń i z całej siły szybko pociągnąć w dół. Prawie zawsze szwy puszczały. Chodziliśmy później jak batmani w pelerynach falujących na wietrze.

Najciekawsze praktyki mieliśmy w Karczewie w ówczesnej montowni mercedesa Sprintera i ciągników siodłowych. Tam najwięcej wyjeździliśmy się na trans paletach, jak na rajdowych deskorolkach. Kierownik był spoko. Przydzielił nas do jednego stanowiska. Robiliśmy swoje i spadaliśmy do domu. Gorzej jak nie było co robić, wtedy wysyłał nas na myjkę, myć, odkurzać i czyścić wszystko co miało znaczek mercedesa. Za myjnię odpowiedzialny był śmieszny gostek o nazwisku Wnuczek. Zawsze jak wychodził do głównego budynku, odpalaliśmy furę i trenowaliśmy piry na jedynce i wsteku. Gdyby nas wtedy namierzył, polecielibyśmy ... z praktyk i ze szkoły, ale co się nie robiło dla adrenaliny. Oczywiście nie wspominam nawet ile razy strzelaliśmy do siebie z karchera, a power miał niesamowity. Raz nawet zarobiliśmy na trzech 15 marek jak umyliśmy tira kierowcy niemieckiemu, który przywiózł świeży transport. Wyszło nas po 10 zeta na czaszkę. Naszym zadaniem najczęściej było skręcanie pod okiem jednego z mechaników busów sprinterów. Kompletne nadwozie było przywożone z reichu, oddzielnie silnik i skrzynie, most, wal i koła. W godzinę skręcaliśmy jedną sztukę. Przez praktyki cztery. Spokojnie bez żadnego pośpiechu mogliśmy zrobić sześć, ale nam zabronili mechanicy, ze względu na ich niskie płace. Mimo wszystko było tam super. Wstawialiśmy budę na podnośnik. Silnik na wózek i do silnika przykręcało sie skrzynię. Następnie wszystkie śruby zawsze poprawiało kluczem dynamometrycznym. Potem silnik ze skrzynią przykręcany był do budy. Następnie tylny most i wał napędowy. Potem odpowietrzaliśmy hamulce śmiesznym "odkurzaczem", który sam wpompowywał płyn hamulcowy do całego układu i przykręcaliśmy koła. Niczego prawie nie robiliśmy ręcznie, mieliśmy klucze pneumatyczne, a do kół był "koń" największa maszynka, chociaż w porównaniu z koniem w 'drobiarskich' ta była miniaturką. Przyjeżdżaliśmy z Grześkiem na rowerach i zostawialiśmy je zawsze w myjni. Raz mnie dziad przyłatwił. W mojej kolarce koła nie były zakręcone, tylko zaciśnięte na motylki. Nie potrzeba było klucza by odkręcić koło, wystarczyło odhaczyć motylka i koło zostawało na ziemi. Zawsze po praktykach ścigaliśmy się kto pierwszy się przebierze, poleci po rower i wyjedzie z praktyk. Pobiegłem pierwszy, złapałem rower i zarzuciłem go na plecy bo był lekki i lecę. Grzesiek zaczął się zalewać ze śmiechu, aż sobie przykląkł na ziemi. Zrozumiałem dopiero jak postawiłem go szybko na ziemi wskakując na niego wbijając widelec w ziemię. Ten padalec odkręcił mi przednie koło. Miałem kupę szczęścia, że nie wyjechałem tak na ulicę, bo zaliczyłbym glebę przy pierwszym krawężniku, podrzucając przednie koło. Zawsze mieliśmy oryginalne numery.


Samochodówka


ZSZ Karczew
Najciekawiej było w samochodówce, największe przekręty, stresy i najgłupsze pomysły. W klasie było nas około trzydziestu. Sama kawalerka :) Zresztą nie jest łatwo spotkać kobietę mechanika, ja jak do tej pory spotkałem dwie. Z Otwocka było nas ośmiu, reszta przybywała z za Karczewa i dawnego województwa siedleckiego. Jakże się w oczy rzucały rejestracje SDI <Samochód Dla Idiotów> czy SDN :D Sama szkoła była nudna jak flaki z olejem. Praktyki to to co nas napędzało by w ogóle zwlec sie rano z łóżka. Naszym wychowawcą był Jasiek ... ówczesny radny miasta Karczewa. Naszą nauczycielką języka polskiego Trębicka, którą nazwaliśmy zgrabnie 'Kobyła' słysząc jak się śmieje i co ciekawe po 8 latach dowiedziałem się, że xywka nadal się utrzymała bo dalej niedoszli mechanicy tak na nią mówią. W pierwszym roku Celestynów, warsztaty na tokarkach, frezarkach, prasach, wiertarkach i wszystkim w czym można albo spalić silnik, albo zmienić kształt metalu. Tadzik spalił trzy tokarki. W drugim roku mieliśmy przywilej uczęszczać do POM-u w Karczewie gdzie naprawiano ciągniki. Dla chłopaków z SDI, w sam raz jak znalazł, budowa ciągnika rolniczego i sposób jego naprawy :p ale się tam wynudziłem, za całą szkołę. Nigdy nic tam nie naprawiliśmy i nic się tam nie nauczyliśmy, no może tylko ściem i wkręcania kierowników, co się przydało na innych praktykach :) Następnie praktyki na Omulewskiej w Warszawie w centrum Mercedesa Sobiesława Zasady - super tam było, a w montowni Mercedesa w Karczewie jeszcze lepiej, bo sami w 4 uczniaków skręcaliśmy Mercedesy Sprintery. Cztery sztuki i spadówa do domu. W trzeciej klasie uczyliśmy się w IPJ <Instytut Problemów Jądrowych> w Świerku, i to nie ma nic wspólnego z ginekologiem, jak oczywiście pewne osoby pomyślały. :) Naprawialiśmy tam Minibusy i inne autosany, następnie warsztaty mechaniczne Zakładów mięsnych, przy elektro-ciepłowni w Karczewie. Najprościej powiedzieć te "koło komina". W tamtym czasie mieli ponad dwieście ciężarówek, a oprócz tego stacja kontroli pojazdów ciężarowych. Na tych praktykach było najciekawiej. Podejrzewam, że gdybym i teraz się uczył robilibyśmy jeszcze lepsze numery, bo z roku na rok przechodziliśmy samych siebie :) Całe praktyki przez trzy lata mieliśmy wspólnie z Grześkiem Rudnym, Robertem Przednikiem <Tadzik> i Mariuszem Przybyszem, na mnie wołali Ostry. Tadzik został mianowany tym imieniem, po tym jak nam opowiadał przygody swojego psychicznie chorego sąsiada, mieszkającego w budynku młynu w Wygodzie za Karczewem. Latał ciągle to z siekierą to z innym niebezpiecznym przyrządem siejąc postrach okolicznych mieszkańców i pełniąc funkcję lokalnego debila. Robert z takim przejęciem i w sposób komediowy o nim opowiadał, że nie było innego wyjścia. Od razu wszyscy zaczęli go nazywać Tadzik.
W Celestynowie zaczęliśmy jako koty. Kociarstwo przeszło mi szybko i całkiem nieodczuwalnie, dlatego też nie męczyliśmy młodszych. Wychodziliśmy z założenia, że skoro my mieliśmy lekko, nie będziemy utrudniać życia młodym. U nas najczęściej kończyło się na wyzwiskach. Pamiętam raz jak wstałem o 6H00 rano, na dworze totalnie ciemno, a ja się na pociąg zbieram. W pokoju ubierałem się po ciemku czego potem bardzo żałowałem, bo założyłem dwie różne skarpetki, co od razu dostrzegli 'starzy'. Jedyne co moglem zrobić to szybko je przekręcić na lewą stronę by się w oczy nie rzucały. Ale masakra, pierwszy dzień na praktykach i już mnie zlinczowali. Po dwóch miesiącach pracowaliśmy już na wszystkich sprzętach. Mnie postawiono na wielkiej prasie, która tak waliła, że wieczorem w domu miałem przytępiony słuch. Ciąłem płaty blachy na paski o szerokości 2 centymetrów. Jureczko podleciał do mnie złapał kilka metalowych pasków i strzelił mnie nimi po łapach. Zwiał padalec od razu, rozcinając mi paluchy tak, że do dziś dnia mam pamiątkę po nim. Drugi numer jaki mi wyciął również nie był bezbolesny. Zapalił zapałkę i przytknął mi ją do dłoni. Cała siarka wypaliła mi się z kawałkiem skóry. Załatwił mnie badziewiak. Piekło mnie cały dzień, a tak to szybko zrobił, że nawet ręki nie zdążyłem zabrać. Ślad ten po dziesięciu latach dopiero zniknął. Kolejnym genialnym pomysłem autorstwa Jureczki, była 'fontanna'. Wystarczyło na wiertło wiertarki stołowej nabić jogurt i zrobić w nim małą dziurkę w ściance, następnie ją włączyć. Pięknie uwalone jogurtem warsztaty pachniały potem truskawkami :)

CB Radio


CB było moim nałogiem. Wtedy narodziła się moja xywka Mechanic. Wzięła się z mojego zamiłowania `do kręcenie śrubek` i z zawodu jaki wybrałem – mechanik pojazdów samochodowych. Potrafiłem siedzieć przy radiu ponad 10 godzin na dobę. Radia były wszędzie, z czasem wyparły je komórki. Mieliśmy radia stacjonarne, samochodowe i ręczniaki. To był nasz świat. Wiedzieliśmy kto ma jakiej mocy radio, jak wysoką antenę i jaki zasięg. Miałem zasięg na całą Warszawę, Grójec, Mińsk Mazowiecki dzięki antenie zainstalowanej na dachu bloku. Sama antena miała 7 i pół metra wysokości plus 15 metrów wysokość bloku, dzięki czemu mogłem się komunikować z całkiem odległymi miejscowościami. Moc z kolei decydowała jak daleko byleś słyszany. Według przepisów radio mogło mieć 4 Waty mocy wyjściowej. Bardzo często trzeba było wstawiać przełączniki zmniejszające moc do 1 Wata <skrót mocy>, gdyż sąsiedzi w najbliższym otoczeniu słyszeli każde nasze słowo w radiu i w telewizorze. Co ciekawe najczęściej zanikał obraz i było słychać tylko fonie, co wszystkich sąsiadów doprowadzało do szalu. Miałem farta, gdyż u mnie w bloku była już kablówka i nie 'siałem' nikomu, wobec czego nie tyle co korzystałem z 4 Watów mocy, ale tez kupiłem 'dopałkę' dodającą 100 Watów więcej. Z mojego Presidenta HR-a zrobiłem coś w stylu rozgłośni radiowej. Z taką mocą 'przykrywałem' każdego na Otwocku i byłem ciągle temperowany przez najbliżej sąsiadujących radiowców, którym przeszkadzałem w rozmowach nawet na innych 40-stkach. Najprostsze radio miało 40 kanałów, czyli podstawę. Lepsze miały 'boki' czyli po 40 kanałów w lewo i 40 w prawo, co w sumie dawało 120 kanałów. Ja miałem 3 czterdziestki w lewo i 3 w prawo, plus dziury <dodatkowe kanały, by korzystać z ich częstotliwości potrzebny był przełącznik> Z czasem weszły radia z 10 czterdziestkami, ale gadając na nich zdarzało się, że się ktoś wcinał informując nas, że to częstotliwość wojskowa i należy natychmiast skończyć nadawanie na tej częstotliwości. Zmienialiśmy wtedy kanały lub całą czterdziestkę bo wojsko miało sprzęt mogący nas namierzyć z dokładnością do 1 metra.

Ziemianka


Wszystkie bandy osiedlowe miały zawsze swoje ukryte szałasy i ziemianki. Oczywiście my nie mogliśmy być gorsi. Wzięliśmy szpadel i ruszyliśmy wgłąb lasu w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Zaczęliśmy kopać. Według pierwotnych planów ziemianka miała być mała, cztero-osobowa. W końcu wykopaliśmy dół w którym można było stać wyprostowanym. Zaczęliśmy robić dach i schody, a że schody z piachu były całkowicie do kitu, przywieźliśmy trzy worki cementu. Zrobiliśmy szalunek i je zalaliśmy. Popełniliśmy niewybaczalny błąd. Zanim osiedliśmy tam na stałe, powinniśmy sprawdzić okolicę. Mianowicie jak daleko jest do najbliższej ścieżki. Otóż nie było daleko, było blisko, katastrofalnie blisko. Niecałe 50 metrów. Nie wpadliśmy na to wcześniej, bo do tej pory nikt tędy nie przechodził. Akurat teraz ktoś tamtędy się zaplątał, a totalny pech chciał, że byli to dwaj bandyci z naszej szkoły tylko, że z ósmej klasy, my byliśmy wtedy w czwartej, więc nic nie mogliśmy zrobić. Najpierw zwalili na naszych oczach dach, potem przechodzili po niezastygniętych schodach niszcząc je całkowicie. Gdybyśmy ich wtedy zaatakowali, po pierwsze dostalibyśmy baty, a po drugie nie daliby nam żyć w szkole. I tak do końca pobytu w 12-stce byli na naszych celownikach. Zawsze ich wkurzaliśmy i zwiewaliśmy, rzucaliśmy czym się dało, ale ziemiankę nam rozwalili. Do 
dziś w lesie jest tam spory dół. Wyciągnęliśmy z tego wydarzenia życiową lekcję. Następną ziemiankę chłopaki zrobili w takiej tajemnicy, że nawet mi, parówczaki nie powiedzieli. Sam z Tomkiem ich wyczaiłem. Śledziliśmy raz Bolana jak poszedł wgłąb lasu. Nie łatwo było skradać się za nim by nas nie słyszał, ale jakoś się udawało. Straciliśmy go co prawda potem z oczu i już mieliśmy wracać, jak całkiem przypadkiem dostrzegliśmy ognisko w oddali między drzewami. Zaczęliśmy się zakradać i jak byliśmy z 10 metrów od nich dopiero nas zobaczyli i musieli nas wtajemniczyć. Zrobili szałaso-ziemiankę. Szałas z patyków cały obłożony mchem z podłogą z desek, a pod podłogą ziemianka co najmniej na sześć osób. Chłopaki wpadli na pomysł by zrobić 'dymówę', jak nazywaliśmy ognisko tylko ze świeżych gałęzi z zielonymi kolkami. Dym był tak intensywny, że samolot patrolujący lasy zaczął krążyć nad ogniskiem. Pilot zaalarmował straż pożarną i coraz bardziej zniżał lot zataczając koła wokół obozu. W końcu przy ostatnim podejściu leciał tak nisko, że słychać było jak uderza kadłubem o szczyty sosen i zrzucił ogromną ilość wody. Trafił całkiem blisko, bo około 10 metrów od ogniska. W tym momencie wszyscy się rozbiegli, każdy w inna stronę. Chłopaki mieli obsesję na punkcie szpiegowania i zasłaniali się, by gość z samolotu nie zrobił im zdjęć. Tak dobrze wybrali miejsce, że w pobliżu szałasu kilkaset metrów nie było żadnej ścieżki. Nie widziałem tej akcji ale chłopaki opowiadali później jak wściekły strażak dobijał się tam czerwonym żukiem. Ciął drzewa motorówką by w ogóle przejechać. Dopiero po kilku dniach poszliśmy obejrzeć skutki naszej zabawy. Od tamtej pory nie budowaliśmy już ani ziemianek, ani szałasów. Jakoś wszystkie nasze zabawy kończyły się raczej drastycznym akcentem, zanim się nam nie znudziły.

Chamskie kawały


Jeden z najśmieszniejszych kawałów jaki zrobiliśmy - bo w ogóle taki był zawsze cel wychodzenia na dwór po szkole - był numer z 'piłką'. Boisko jest położone na skraju lasu przy samej ulicy Batorego. Graliśmy chwilę w piłę dopóki jakiś sierot nie kopnął jej na tyle mocno, że pękła. Co można zrobić z popsutą piłką. Normalnie wyrzucić, ale nie my. Napełniliśmy ją kamieniami i piachem z boiska. Postawiliśmy około 5 metrów od chodnika przy ulicy w taki sposób by nie było widać, że jest popsuta. I czekaliśmy na pierwszą ofiarę. Krzyknęliśmy do jakiejś pani by nam kopnęła. Tak lekko ją musnęła, że piłka prawie nie drgnęła, a ta postukała się w czoło pokazując jakie z nas głupki. Najlepszy był dziadek kilka minut po niej. Ustawiliśmy piłkę jak należy i zebraliśmy się na drugim końcu boiska. Gdy przechodził Krzyczeliśmy : 'Proszę pana, pan poda! Tylko mocno!' Dziadek chyba kiedyś grał, chciał zabłysnąć bo wziął piękny rozpęd i tak przypierniczył w piłkę, że chyba z 10 metrów się poturlała, za każdym obrotem wyrzucając z siebie piach i kamyki. Padaliśmy ze śmiechu na ziemię. Dziadek w padł w furię 'Ja wam dam gnoje śmierdzące!' Darł się i kuśtykając biegł w naszą stronę. Ryjąc ze śmiechu na całe gardła zaczęliśmy uciekać, co bardzo utrudniało bieg. Kuśtykający dziadek zrezygnował z dalszego pościgu jak tylko zniknęliśmy w naszym lesie. Rutyną było dzwonienie do domofonów i ucieczka, czy jak szarańcza, zżeranie surowych owoców z ogródków przy blokach. Co i rusz wpadaliśmy na oryginalniejsze pomysły. Ludzie idąc do sklepu najczęściej wynosili od razu śmiecie w plastikowych kaszach, zostawiając je przy śmietniku, by je wziąć w drodze powrotnej. Kto zapomniał zabrać kosz na śmieci przed zmrokiem mógł się już z nim pożegnać, bo zawsze jakiś użytek z niego zrobiliśmy. Najczęściej przywiązywaliśmy do niego sznurek do suszenia prania - zdjęty wcześniej w jakimś ogródku - i stawialiśmy kosz na krawężniku. Sznurek był przeciągnięty na drugą stronę ulicy. Pochowani po krzakach i za samochodami czekaliśmy na jakikolwiek pojazd. Gdy coś nadjechało ciągnęliśmy w ostatniej chwili i kosz 'ginął' z pięknym trzaskiem, a my jak zwykle mieliśmy niesamowitą radochę. Sznurek często służył do zabawy w 'niewolników', a że Gerwazy był najmłodszy zawsze był niewolnikiem. Wiązaliśmy go, ciągaliśmy lub przywiązywaliśmy do czegokolwiek, a biedaczek nic nie mógł zrobić. Sznurek służył jeszcze do wiązania drzwi w blokach. Wystarczyło przywiązać dwie klamki w dwojgu drzwi naprzeciwko siebie i zadzwonić. W blokach drzwi otwierają się do środka więc nikt nie mógł ich otworzyć. Ciągali tylko drzwi w jedną i drugą stronę. Wpadliśmy na pomysł jak 'udoskonalić' tę technikę. Zamiast naciągać sznurek do końca, zostawimy 30 centymetrów luzu i do jednych drzwi zadzwonimy od razu a do drugich 5 sekund później. Plan był następujący. Gościu z drzwi numer 1 otwiera drzwi. Gdy czuje opór by zobaczyć co się dzieje wkłada głowę w przerwę między drzwiami i futryną. W tym czasie gość numer 2 otwiera drugie drzwi przyciskając sąsiada :) Kolejnym ciekawym numerem było znalezienie jakiejś dużej kupy. Kładło się ją na wycieraczce, następnie kilka kartek papieru i podpalało. Wychodził sobie spokojnie gość w klapkach i odruchowo gasił pożar. Niestety nikt z nas nie mógł obejrzeć takiej akcji, za szybko się ewakuowaliśmy. Za duża byłaby kara gdyby kogoś z nas złapali. Potem zaczęli zakładać w każdym bloku domofony. Zaczęliśmy wtedy robić inne sadystyczne kawały, już nie w samych blokach. Mieliśmy też dużo radochy z nitką. Przywiązywaliśmy do czerwonej stówy z Waryńskim szarą nitkę i 
kładliśmy banknot na chodniku. My oddaleni o jakieś 20 metrów mieliśmy piękny punkt obserwacyjny. Wszyscy się schylali, a my wtedy ciągnęliśmy za nitkę robiąc wszystkich w roro. Z takim zapałem wszyscy się rzucali na kasę, jak kura na pustym podwórku, która dostrzeże glizdę i leci do niej na złamanie karku. Jedna panienka trzy razy dobiegała, do stówy zanim się kapnęła, że się z niej nabijamy. W końcu jeden gość podszedł jakby nigdy nic i nadepnął nam na nasz dobytek. Co prawda oddał nam go potem, co oznaczało koniec. Znaleźliśmy sobie szybko inne kółko zainteresowań.

Ford Transit


Nasz miał 5 miejsc, ale kolor się zgadza
Jak nauczyłem się jeździć samochodem największą frajdą były szaleństwa wykradzionym staruszkowi fordem tranzytem. Miałem wtedy 13 lat. Ford miał wbity 1969 rok produkcji, zabytek, ale jeździł bardzo dobrze i co najfajniejsze miał kabinę na sześć osób i radio CB. Gdy głowa domu pojechał w jakąś trasę innym samochodem i nierozsądnie zostawił kluczyki w domu, automatycznie uruchamiał cały łańcuch wydarzeń. Chłopaki którzy akurat byli wolni, w kilka minut wiedzieli, że tata Rafała zostawił kluczyki i będziemy jeździć. Szliśmy gromadą na leśny parking. Cieć mnie znał, więc pozwalał mi wyjechać i za winklem reszta wsiadała do kabiny, a kto się nie zmieścił na pakę. Na początku wszyscy chcieli na pace. Więc ich przewiozłem 60 km/h po dołach. Mało nie powypadali, leżąc płasko na podłodze i trzymając się kurczowo burt darli się, że już mają dość i chcą do szoferki. Ich krzyki zachęcały nas tylko, żeby szybciej jeździć. Pięknie wchodziła w zakręty ta półciężarówka. Było bardzo gorąco i jak złapaliśmy gumę nawet o tym nie wiedziałem. Dziwne tylko dla mnie było, że ford skręcał sam w prawo. Mogliśmy tylko jeździć po polnych drogach i lesie pomiędzy osiedlem Batorego i Ługami. Podjechaliśmy pod jakieś idące dziewuszki by je podwieźć, spojrzały się na przednie koło, wzruszyły ramionami i poszły dalej w swoją stronę a my pojechaliśmy w swoją. Po kilku minutach chłopaki wała w dach by się zatrzymać. 'Złapaliśmy gumę! Stój! Złapaliśmy gumę!'. Widziałem nie raz jak się zmienia koło, więc po zablokowaniu tylnych kół przystąpiliśmy do lewarowania przodu. Ja zdejmowałem koło, chłopaki odkręcili zapas. Po kilku minutach, jechaliśmy dalej, ale poinformowałem, że jadę odstawić forda, bo już nie mamy zapasu. Ujechaliśmy zaledwie kilkaset metrów i znów to samo, tylko że teraz ściągało w lewo. Wychylam głowę przez okno i załamka. Jechałem na feldze. Jakiego trzeba mieć pecha, by złapać dwie gumy w ciągu 10 minut. Na szczęście mieliśmy CB radio. Wtedy CB mieli wszyscy policja, straż, szpital, auto pomoc, i większość warsztatów. Nawet staruszek miał w sklepach, samochodzie i oczywiście w domu. Zawołałem znajomego blacharza Faviera, który mi niedawno uratował życie po przerobieniu merca 
beczki na betę rekina. Poprosiłem go o pożyczenie jakiegoś zapasu. Przyjechał po 10 minutach. Chłopaki się zmyli, co by nie było za dużo niepotrzebnych pytań. Favier poinformował mnie, że są to opony bezdętkowe i czasem zdarza się przy dużych temperaturach, że samoczynnie się odklejają od felg, co bardzo nie było mi na rękę. Po kolejnej zmianie pojechałem na Przewoską do wulkanizacji naprawić jedną oponę. Na drugą już mi funduszy zabrakło. Następnie oddałem Favierowi pożyczone koło i delikatnie poturlałem się odstawić forda na miejsce. Trzeba było tylko dokładnie postawić go w miejsce z którego odjechał i kluczyki tam gdzie ich miejsce. Po kilku dniach staruszek kopnął odruchowo w zapas i pyta 'Dlaczego nie ma powietrza w zapasie?' a ja wyedukowany cwaniaczek 'Pewnie zeszło od gorącej temperatury, bo to są opony bezdętkowe i czasem się odklejają'. 'Muszę ją naprawić. Nie mogę jeździć bez zapasu'. Skwitował. Od tamtej pory już w upał samochodu nie brałem. Dlaczego jakoś nie mogłem się nauczyć na czyichś błędach, tylko sam musiałem się sparzyć, popsuć lub oberwać za coś by tego nie powtarzać. Dlatego właśnie mój charakter kojarzy mi się z góralskim :)

Willa


Nawet podobna, tylko piwnica jest już zasypana.
           Któregoś pięknego dnia chłopaki wpadli na pomysł zbudować tajny domek, niedaleko osiedla. Wole nie precyzować dokładnie miejsc ;) nigdy nie wiadomo kto to przeczyta. Znaleźli cztery drzewa tworzące kwadrat. Poprzybijali deski ściągnięte z rusztowania z pobliskiej willi, która była w stanie surowym. Zbudowali ściany, dach i nawet drzwi z zawiasami. Miejsce było tak dogodne, ze od strony drogi nie było kompletnie nic widać przez gęstwinę gałęzi, krzaków i drzew. Z kolei od strony willi był spadek terenu cały pokryty drzewami. Miejsce było idealne. W krótkim czasie nasze zabawy przeniosły sie na plac budowy. Miejsce było wręcz wymarzone do wszelkiego rodzaju akcji. Ganialiśmy sie godzinami, właziliśmy w każdą dziurę, cala gromada z osiedla. W pewnym momencie odważyłem sie skoczyć z balkonu, z wysokiego pierwszego pietra na gore piachu. Na początku strach, a w locie adrenalina i uczucie wolności, następnie gleba. Było dla nas tak wysoko, ze nie udawało nam sie spadać na nogi. Siła upadku była tak duża ze po skoku na nogi spadaliśmy od razu na kolana i ręce. Skakali tylko najstarsi. Wdrapał sie na sama gore jeden sześciolatek Konrad i ze strachem, ciekawy widoku z góry, powolutku przybliżał się do krawędzi balkonu. Złapaliśmy go z Filutem za ręce z oczywistym zamiarem. Na nic nie zdały sie jego prośby, błagania, a nawet wrzaski. Nikt go nawet nie ratował, bo wszyscy chcieli zobaczyć lecącego, drącego sie Konrada. Podeszliśmy z nim do krawędzi i najprościej w świecie zwaliliśmy go na dol. Zleciał i pięknie walnął w piasek, potem wstał z mina, jakie ma dziecko na 'wesołym miasteczku' jadące karuzela pierwszy raz. Tak mu sie to spodobało, ze na każde nasze dwa skoki, Konrad skakał trzy razy. Biegał jak mały motorek. Drabina, schody balkon, skok, drabina, schody, balkon, skok i tak godzinami. Nie wystarczało juz nam potem samo skakanie z krawędzi balkonu. Żeby przedłużyć lot należało wziąć rozpęd i na krawędzi wybić sie do góry, co zaraz zaczęliśmy robić. Aż dziw bierze jakie delikatne są drewniane okna bez szyb. Z prawie wszystkich wylatywały listewki, co nam w żadnym wypadku nie przeszkadzało w zabawie. Po kilku wypadach na wille 'pokojowe pokolenie' zaczęło jak to już było w naszym zwyczaju rzucać się kamieniami. Na szczęście nikt tam nie oberwał, a latały całe czerwone cegłówki, chociaż połówki były zręczniejsze i leciały dalej. Czasami nawet bloczki. Pamiętam jak jeden z ogromnym hukiem spadł na taras i od tamtego czasu woda zaczęła lać sie do garażu. Po tej akcji daliśmy sobie spokój z szaleństwami na 'willi'. Kilka tygodni później poszliśmy zobaczyć czy cos sie tam zmieniło i pogonili nas stamtąd jacyś robole w drelichach. Zwialiśmy całym pędem, jak to wtedy mieliśmy zwyczaj mawiać i na tym skończyły sie nasze bitwy i szaleństwa na 'willi'.