![]() |
| Hala 5 |
Najciekawsze praktyki
mieliśmy w Karczewie w ówczesnej montowni mercedesa Sprintera
i ciągników siodłowych. Tam najwięcej wyjeździliśmy się
na trans paletach, jak na rajdowych deskorolkach. Kierownik był
spoko. Przydzielił nas do jednego stanowiska. Robiliśmy swoje i
spadaliśmy do domu. Gorzej jak nie było co robić, wtedy wysyłał
nas na myjkę, myć, odkurzać i czyścić wszystko co miało znaczek
mercedesa. Za myjnię odpowiedzialny był śmieszny gostek o nazwisku
Wnuczek. Zawsze jak wychodził do głównego budynku,
odpalaliśmy furę i trenowaliśmy piry na jedynce i wsteku. Gdyby
nas wtedy namierzył, polecielibyśmy ... z praktyk i ze szkoły, ale
co się nie robiło dla adrenaliny. Oczywiście nie wspominam nawet
ile razy strzelaliśmy do siebie z karchera, a power miał
niesamowity. Raz nawet zarobiliśmy na trzech 15 marek jak umyliśmy
tira kierowcy niemieckiemu, który przywiózł świeży
transport. Wyszło nas po 10 zeta na czaszkę. Naszym zadaniem
najczęściej było skręcanie pod okiem jednego z mechaników
busów sprinterów. Kompletne nadwozie było przywożone
z reichu, oddzielnie silnik i skrzynie, most, wal i koła. W godzinę
skręcaliśmy jedną sztukę. Przez praktyki cztery. Spokojnie bez
żadnego pośpiechu mogliśmy zrobić sześć, ale nam zabronili
mechanicy, ze względu na ich niskie płace. Mimo wszystko było tam
super. Wstawialiśmy budę na podnośnik. Silnik na wózek i do
silnika przykręcało sie skrzynię. Następnie wszystkie śruby
zawsze poprawiało kluczem dynamometrycznym. Potem silnik ze skrzynią
przykręcany był do budy. Następnie tylny most i wał napędowy.
Potem odpowietrzaliśmy hamulce śmiesznym "odkurzaczem",
który sam wpompowywał płyn hamulcowy do całego układu i
przykręcaliśmy koła. Niczego prawie nie robiliśmy ręcznie,
mieliśmy klucze pneumatyczne, a do kół był "koń"
największa maszynka, chociaż w porównaniu z koniem w
'drobiarskich' ta była miniaturką. Przyjeżdżaliśmy z Grześkiem
na rowerach i zostawialiśmy je zawsze w myjni. Raz mnie dziad
przyłatwił. W mojej kolarce koła nie były zakręcone, tylko
zaciśnięte na motylki. Nie potrzeba było klucza by odkręcić
koło, wystarczyło odhaczyć motylka i koło zostawało na ziemi.
Zawsze po praktykach ścigaliśmy się kto pierwszy się przebierze,
poleci po rower i wyjedzie z praktyk. Pobiegłem pierwszy, złapałem
rower i zarzuciłem go na plecy bo był lekki i lecę. Grzesiek
zaczął się zalewać ze śmiechu, aż sobie przykląkł na ziemi.
Zrozumiałem dopiero jak postawiłem go szybko na ziemi wskakując na
niego wbijając widelec w ziemię. Ten padalec odkręcił mi przednie
koło. Miałem kupę szczęścia, że nie wyjechałem tak na ulicę,
bo zaliczyłbym glebę przy pierwszym krawężniku, podrzucając
przednie koło. Zawsze mieliśmy oryginalne numery.







