piątek, 17 lutego 2012

Dzwon przed maską


Pokonując dziennie około 100 kilometrów, oraz średnio w miesiącu dwie trasy Otwock - Żywiec i cztery Otwock - Hajnówka. W przeciągu jednego miesiąca potrafiłem przekroczyć pięć a czasem siedem tysięcy kilometrów. Pomimo ogromnego zmęczenia dalej mogłem jeździć dalej i dłużej. Uwielbiam jeździć, aczkolwiek większa liczba przejechanych kilometrów sprawia, że często jesteśmy w najróżniejszych niebezpiecznych sytuacjach na drodze, czasem uczestniczymy w wypadkach i to najczęściej nie z naszej winy. Naoglądałem się bardzo dużo wypadków, łącznie ze śmiertelnymi. Przejechałem setki tysięcy kilometrów po autostradach całej europy i muszę niestety przyznać, że na terenie polski widziałem najwięcej najpoważniejszych wypadków. Było to wiosną 2000 roku, jechaliśmy z Brigitte z Pęclina do Otwocka. Pędziliśmy sobie wiekowym kaszlaczkiem z pięknymi chromowanymi zderzakami rocznik osiem zero. Pomalowany w panterkę, bo po pierwszej zimie kolor na łatki nie był dokładnie dobrany, a rok później kolejne łatki były jeszcze jaśniejsze od dwóch poprzednich kolorów. Hamulec ręczny stanowił raczej ozdobę, nigdy nie dał się naprawić, a pod maską 5-cio kilowa gaśnica od stara, która swoją wielkością tworzyła strefę kontrolowanego zgniotu. Jak to bywa w tego typu mobilach strefa ta kończy się zazwyczaj na tylnej szybie, czego na szczęście nigdy na swojej skórze nie sprawdziłem. Otóż pędziliśmy 
Brigittowym maluszkiem od Wólki Mlądzkiej ulicą Żeromskiego. Przejazd kolejowy w Otwocku znajduje się na wzniesieniu ograniczając widoczność, czyniąc dwa skrzyżowania po obu jego stronach bardzo niebezpiecznymi. Dojeżdżaliśmy do niego będąc na samym szczycie wzniesienia zwalniając prawie do zera i przeciągu zaledwie pięciu sekund byliśmy świadkami dantejskiej sceny. Z naprzeciwka nadjeżdżała zielona daewoo nubira na otwockich blachach z przepisową prędkością. Dziadek jechał z babcią do kościoła, byli jakieś 10 metrów przed nami. Przed przejazdem zaczęli zwalniać pomimo pierwszeństwa, jadąc bardzo ostrożnie. Z mojej lewej strony, ulicą Armii Krajowej od strony Celestynowa z ogromną prędkością leciał czarny mercedes 190-tka. Gdy wyłonił się z za budki dróżnika na sekundę wcześniej wiedziałem co się zaraz stanie. Nie było nawet sekundy by zareagować, ani momentu by dać im jakikolwiek znak, że zaraz dojdzie do tragedii. Mercedes wbił się w nubirę w przednie i tylne drzwi od strony pasażera, przekazując mu całą siłę uderzenia. Nubira poruszając się z pewną prędkością w naszą stronę po otrzymaniu uderzenia oderwała się od ziemi. Zaczęła się obracać w powietrzu, lecąc w kierunku naszego maluszka. Koła jej uniosły się na wysokość naszej przedniej szyby. Zamarliśmy ze strachu czekając kiedy nubira wbije się prosto w nas. Siła była tak potężna, że uderzony pojazd wyrzucony w powietrze z prawego pasa na którym jechał obracając się spadł najpierw dwa metry od nas z naszej prawej strony na lewe pobocze, przelatując przed naszymi wielkimi jak dwa euro oczami. Po upadku na ziemię nie zatrzymał się jeszcze. Z całym impetem obrócił się jeszcze o 180 stopni wbijając się w niskie betonowe ogrodzenie już za torami. Mercedes nie odbił się daleko, gdyż cały swój impet oddał koreańcowi, obrócił się o 180 stopni i zatrzymał tylnymi kołami na chodniku. Pomimo całej pielgrzymki która szła i wracała z kościoła szczęśliwym trafem nikogo nie było w polu rażenia. Nubira zrobiła całe 360 stopni lecąc na wysokości metra przed nami, spadając dwa metry obok bladej Brigitte, rozbijając się za nami. Największy moment strachu mieliśmy widząc spód samochodu, rurę wydechową, koła, półosie przed samymi oczami i ten krzyk. Krzyk tej kobiety był tak przeraźliwy, że wydawał się nie mieć końca. Słyszeliśmy go przed sobą a skończył się za nami. Jak w ówczesnym nowym kinie femina dolby surround, z tą drobną różnicą, że mieliśmy to na żywo. Przez kolejnych kilka sekund cisza. Grobowa cisza. Wyskoczyłem z samochodu na środek skrzyżowania. Wszyscy się zatrzymali w promieniu 50 metrów i nikt nic nie mówił. Totalna cisza. Patrze na merca, który stał przodem w moją stronę. Zderzak zaczynał, się przy przedniej szybie. W środku dwóch młodych chłopaków po około 25 lat. Pomimo całkowicie zmiażdżonego przodu silnik wciąż w nim pracował. W czasie uderzenia włączyły mu się wycieraczki na najszybszy bieg. Młody człowiek był całkowicie w szoku. Zaczął wychodzić z samochodu. Nie słyszał nic co do niego mówiłem. Pokazałem mu więc na migi by wyłączył silnik. Zrobił to. 
Wciąż powtarzał, że 'nie chciał, że śpieszyli się do szpitala do kogoś z rodziny'. Nie byli miejscowi. Numery mieli warszawskie i przeoczyli wielki, czerwony znak stopu. Faktycznie jadąc szybko wzdłuż torów sam się czasem zapomniałem, że to ulica przecinająca przejazd ma pierwszeństwo. Ja, byłem miejscowy i czasem zamyślony o tym zapomniałem, co dopiero chłopaki z Wawy, którzy jeszcze śpieszyli się do szpitala. Spojrzałem w kierunku daewoo. Uderzone drzwi były od mojej strony. Zobaczyłem krew. Brigitte się odwróciła. Zbiegło się tam kilkanaście osób. Nie mogli otworzyć drzwi od strony pasażera. Dziadek wysiadł i ludzie zaczęli wyciągać babcię. W kilka sekund po wypadku, ktoś zadzwonił po pogotowie. W tym momencie nadjechali teściowie, daliśmy im znać, że nam nic nie jest, żeby jechali dalej. My zaraz do nich dołączymy. Zanim teść odjechał już słychać było dźwięk karetki, która przyjechała na miejsce zdarzenia w przeciągu trzech minut. Sanitariusze wyjęli nosze, przełożyli delikatnie kobietę i błyskawicznie odjechali w stronę szpitala. Pytałem czy w jakiś sposób mogę pomóc. Może chcą moje dane jako świadka. Podziękowali mi. Otrzymali za chwile pierwszą pomoc medyczną, nie byliśmy już potrzebni, odjechaliśmy stamtąd resztę drogi jadąc nie więcej niż 40 km/h. Miałem zwyczaj skakać z tego przejazdu, różnymi sprzętami. Po tym wydarzeniu, już tu nigdy więcej nie skoczyłem. Możesz jeździć najlepiej i najbezpieczniej, stosując się do wszelkich przepisów ruchu drogowego i mieć staż kilkadziesiąt lat za kółkiem, być doświadczony i mając przejechane setki tysięcy kilometrów ... a nadchodzi jedna chwila ... moment ... ułamek sekundy, nie znasz dnia ani godziny.

Star 200

Po 'popsuciu' zastawki i kilku maluchów postanowiłem kupić stara 200. Staruszek bardzo mi odradzał tego zakupu, a ja chciałem mieć własną ciężarówkę. Kilka tygodni później pojechałem z bratem mojej mamy Piotrkiem do Izabelina pod Warszawą i przyprowadziłem eleganckiego zielonego Stara 200 skrzyniowego. Podobno nie jeździłem nim wolniej niż osobówkami. Ale nie zgadzam się z tym bo rozpędziłem go do 110 km/h pomimo, że licznik miał do 90 km/h. Każdy wyjazd nim w góry było to niesamowite przeżycie. Na 90% byłem pewien, że coś się w nim popsuje. Woziłem w kabinie dwie skrzynki pełne narzędzi mogąc w razie potrzeby rozkręcić w nim wszystko na drodze. Tych awarii było tak dużo, że większości z nich nie pamiętam. Znajomi, których ze sobą zabierałem przypominali mi co się przy kim popsuło. Pamiętam, jak jadąc do Żywca. Zatankowałem do pełna na stacji w Piotrowicach przed Górą Kalwarią. Wtedy jakimś cudem urwał się przewód paliwowy. Co ciekawe nie przewód zasilający pompę wtryskową tylko powrotny do zbiornika. W związku z czym paliwo było cały czas podawane do silnika, jednakże do zbiornika nic nie wracało. Paliwo lało się strumieniem wody z kranu. Dojechałem do Góry Kalwarii i każdy kto mnie wyprzedzał trąbił, dawał znaki światłami, że coś jest nie tak. Oczywiście kontrolka paliwa nie działała i nie mogłem wiedzieć, że na górce przed Górą wypompowało mi już ponad 100 litrów ropy. Na skrzyżowaniu <obecnie rondo> skręciłem w prawo i się zatrzymałem. Droga za mną była cała zalana paliwem. Stanąłem przed staruchem a z całego silnika leje się paliwo. Zanim wyłączyłem silnik wszędzie było pełno ropy, płynęła sobie nawet przy krawężniku. Naprawiłem to w minutę zakładając na plastikowy przewód nową złączkę ściskaną śrubokrętem zamieszczając przewód powrotu na swoim miejscu. Zmierzyłem następnie góralskim sposobem ile mam paliwa. Mianowicie zanurzając końcówkę metrówki w zbiorniku aż dotknie dna, następnie patrzyłem ile centymetrów się zanurzyło i obliczałem ile mniej więcej mam paliwa. Zostało mi około 30 litrów ze 150 litrowego zbiornika napełnionego do pełna 10 kilometrów wcześniej. Średnia spalania wyszła mi taka sama jak niemieckiego lekkiego czołgu Panzerkampfwagen I z II Wojny Światowej 100 litrów na 10 kilometrów. Gdybym miał większe zbiorniki i nikt by mnie nie zatrzymywał z pewnością mógłbym porównać starucha do Tygrysa który palił 500 litrów na stówę, ale na szczęście miałem maleńki 150 litrowy zbiorniczek.

Kaszlak


Po zastawce kupiłem kaszlaka, jak każdy szanujący się małolat, by nie drałowac z buta, lepiej było źle jechać niż dobrze iść. Był to pierwszy z czterech jakie się 'popsuły' pod moją nogą, nie zawsze lekką. Pojechaliśmy z Gerwazym do Nadbrzeża, odwiedzić Olkę, Sławka i Dorotę. Gerw poprosił mnie o przejażdżkę, chciał pierwszy raz w życiu pojechać samodzielnie pojazdem mechanicznym. 
Jeździ po wszystkich ... chodnikach :)
Dlaczego nie? Nie będę przecież wyrodnym bratem i dam mu spróbować. Miałem wtedy 18 lat, więc z obliczeń mi wynika, że młody miał wtedy 12 wiosen na karku. Nie mogłem mu dać jeździć po asfalcie - co by nas glinicjańci nie zatrzymali - ani po podwórku Sławka – co by nikt na nas nie podkablował - więc pojechaliśmy za wał przeciw powodziowy nad samą Wisłę. Tam oprócz wędkarzy w dzień nikt nie jeździ. Droga prosta z płyt betonowych z jednym zakrętem 90 stopni. Droga leci wzdłuż wału od strony rzeki następnie skręca w lewo do samej Wisły. Pobocza nie było, bo stan wody w rzece był na tyle wysoki, że woda podchodziła pod same płyty betonowe, aczkolwiek nie było jej widać na pierwszy rzut oka, bo wszędzie było pełno roślinności, gałęzi i różnego rodzaju zielska. Młody wsiadł za stery. Oczy zrobiły mu się duże jak 5 zeta i ten dziwny uśmiech. Sprzęgło, jedynka i lekkim zrywem rzuciło nas do przodu. Toczymy się. Moc panowania nad samochodem tak go zahipnotyzowała, ze całkowicie odłączył się od świata zewnętrznego. Był tylko on i kaszlak. Nie słyszał kompletnie nic, co do niego mówiłem. Zareagował tylko na słowo sprzęgło, by wrzucić dwójkę. Toczył się jakieś 20 czy 30 na godzinę z niesamowitym uśmieszkiem, który zaczął budzić moje podejrzenia. Jedziemy wzdłuż wału, do zakrętu mamy z 50 metrów. Mówię 'zwalniaj powoli, zakręt'. Chyba się czuł jak kapitan tankowca który manewr wykonuje z kilku kilometrowym opóźnieniem, bo nawet nie drgnął, tylko dalej uśmiechał się durnie co zaczęło mnie stresować. Widzę już oczami wiary jak nurkujemy w Wiśle, więc muszę błyskawicznie temu zapobiec. 'Hamuj!' krzyczę. Totalny brak świadomości. 'HAMUJ!!!' Drę się z odległości 15 centymetrów i dupa. Jedzie jak jechał prościusieńko do wody jak jechał. Zdążyłem tylko w ostatniej chwili złapać za kierownicę i skręcić ostro w lewo. Weszliśmy w zakręt poślizgiem. Wyprostowałem i krzyczę dalej 'Hamuj!, Stój!, Zatrzymaj samochód!' Zero reakcji. A teraz jesteśmy na prostej do wodowania statków, czy tam mostu pontonowego. Zdenerwowałem się już tak bardzo, że siedząc na siedzeniu pasażera z moim wzrostem nie mając za dużo miejsca, podnieść nogę i wepchnąć ją na pedały. Przyciskając z całej siły jego nogi wcisnąłem hamulec. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi przed zjazdem. Roztrzęsiony, drę się 'Wysiadaj!!!' A on dalej z tym głupkowatym uśmieszkiem gapił się w siną dal, a raczej w siną Wisłę. Wywaliłem go z fotela kierowcy, wykręciłem nawrotkę i oddaliłem się czym prędzej z miejsca gdzie Gerw chciał z kaszlaka zrobić łodź podwodną. Więcej nie dotknął się niczego czym jeździłem. Dopiero 13 lat później prowadził moją betę z nad 'Morskiego Oka' w dawnym siedleckim, gdy leżałem w bagażniku z 40 stopniową gorączką. Teraz jeździ spoko, ale to co wtedy przeżyłem na bank 
1982 rocznik, chromy :)
dodało mi kilka siwych włosów. Taki total stresior nie zdarza się co dzień. Dostałem extra nauczkę, że małolatom nie wolno dawać samochodu. Zapomniałem w tamtym momencie jak ja się czułem gdy pierwszy raz sam prowadziłem Merawkę 123, z wiadomym sqtkiem. Kilka tygodni później Carlos jechał kaszlakiem Brigitte w podobnym szoku, również nie słysząc jak się darła by się zatrzymał. Co prawda umiałem jeździć osobówkami od 11 roku życia, a ciężarówką 608 - ką jeździłem po Otwocku mając 13 wiosen, ale nie zaufałem już żadnemu młokosowi, to znaczy 'doświadczonemu kilkunastoletniemu kierowcy'.


Czasówka do Hajnówki


Całkiem szybki jak na swoje lata :)
Jeżdżąc często z ojcem do Hajnówki, poznałem tą trasę na pamięć. Droga zabierała fatherowi 3 i pół godziny. W tamtym właśnie okresie w 1992 roku poznałem Tomka Bartoszuka na którego w Paryżu wszyscy wołają Soldares. Postanowiłem sobie, że pojadę po tej trasie szybciej. Jeździłem tam najróżniejszymi sprzętami, szukając wszelkich skrótów i szybszych przejazdów. Nie było trudno pojechać szybciej, w końcu od znaku drogowego Otwock do znaku Hajnówka było dokładnie 225 kilometrów. Pamiętam że pierwszy dobry czas osiągnąłem jadąc białym polonezem 'primą'. Miałem wtedy czas 1:54:16 sekund. Jeden jedyny raz udało mi się go pobić, innym z kolei polonezem. Ciekawe, że jeszcze starszym modelem, mianowicie 'akwarium' pożyczonym od znajomka Jarka z Zabierzek. Otwock - Hajnówka w 1:51:10. Był to wtedy mój absolutny rekord. Dojeżdżając do 'mety' miałem bardzo adrenalinowe hamowanie. Tablica z nazwą miasta jest w puszczy. Na czas jeździłem przez Kleszczele bo mniejszy tam był ruch i przez wioski można było ciąć prawie bez przerwy 140 km/h. Na długiej prostej przed samą Hajnówką można było lecieć 1.7 Na wysokości znaku po moim pasie toczył się ciągnik z jakimś śmiesznym sprzętem do robienia czegoś tam na polu. Oczywiście musiałem go wyprzedzić, by nie tracić cennych sekund. Z naprzeciwka mknęła w moim kierunku biała osobówka. Kierując jedną ręką - w drugiej miałem stoper, by go zaraz wyłączyć - spostrzegłem w ostatniej chwili, że się nie zmieszczę. Pisk był niesamowity. Oczami wyobraźni, widziałem już te metalowe precle wbite w maskę poldka. Hebel wyhamował mnie na tyle, że osobówka zdążyła przejechać, a ja z całym impetem wyskoczyłem zza ciągnika o centymetry od dwóch pojazdów. Potem meta - stoper - 1:51:10. Nie zapomnę tego czasu. Dopiero kilka sekund po tej akcji poczułem, że jestem cały spocony i postanowiłem już więcej na czas nie jeździć. Było kilka momentów 'na granicy'. Raz krowa wyszła na mój pas, minąłem ją na klaksonie przy prawym poboczu, przy kulturalnej 
prędkości. Innym razem jakiś dziadek na wiosce cofał wozem konnym na ulicę. Też go musiałem strąbić. Potem wyrobiłem sobie nawyk. Wpadając do jakiejkolwiek wioski lewa ręka wędrowała automatycznie na klakson. Do dziś mam ten tik :) Teraz spokojnie ten czas bym pobił, bo teraz jest czym polatać. Paweł kumpel z Paryża pochwalił się raz że poleciał swoją betą 2.3 w terenie zabudowanym. Oczywiście z moim upartym charakterem nie mogłem tego przeżyć, więc przy pierwszej nadarzającej się sposobności przycisnąłem do 2.4, należy dodać że z 5 osobami na pokładzie i to na dawnej hajnowskiej trasie. Tak wiem, że to nie jest mądre, ale uczucie niesamowite :) Paweł ostatnio zamknął budzik w 330 - stce <250 km/h> na jakiejś autostradzie, na razie tego nie pobije, bo moja 528 lata tylko 2.4 przy średnim spalaniu ponad 16l/100km ;) Przypomina mi się jeden z wcześniejszych razów gdy leciałem na czas mercem 'beczką'. Za miejscowością Liw jakiś dziadek zatrzymywał 'okazję'. Zatrzymałem się błyskawicznie. Dziadek chciał podjechać z 5 kilometrów do Węgrowa. Usiadł z tyłu z prawej strony. Gdy zobaczył jak ruszyłem, złapał się dwoma rękami rączki nad oknem. Gdybym nie wyprzedzał na ciągłej i na moście przed Węgrowem pewnie dojechałby z nami tam gdzie potrzebował. Jednakże stwierdził, że musi natychmiast wysiąść, bo już przejechaliśmy miejsce gdzie chciał wysiąść. Za szybko z młodym nieznanym kierowcą pewnie nie pojedzie. :) 


Zastawka


Moje pierwsze auto.
W `98 będąc podmiotem gospodarczym postanowiłem kupić sobie pojazd. Ciepłego czerwcowego południa przyjechał do sklepu klient z Karczewa zieloną zastawą 1100. Była pięcio-drzwiowa, cztero biegowa i tak mi się spodobała, że wypaliłem klientowi pytanie czy nie chcę jej sprzedać. 'Dlaczego nie?' Odparł 'Ile?' Pytam '15 milionów', ja od razu '13 baniek'. '14 i jest pańska' 'Stoi' Po tak krótkiej negocjacji, pojechaliśmy do niego, na prędce spisaliśmy umowę i godzinę później byłem właścicielem najpiękniejszej zastawy 1100 na świecie. Nie było ważne, że podwozie było całe przerdzewiałe, że brała więcej oleju niż benzyny, gaźnik się zacinał, prędkość maksymalna wynosiła 90 km/h i wszystko w niej trzęsło się i skrzypiało jak w kurniku. Była moja i tylko moja i już nie musiałem prosić Brigitte o jej ukochanego maluszka by gdziekolwiek pojechać. Nazajutrz od razu z Marcinem, który wtedy u mnie pracował zamontowaliśmy 'sprzęt' grający. Mogłem się wtedy toczyć po Otwocku i okolicach furą z muzą i 'zimnym łokciem', słuchając nałogowo ballad metaliki i G'n's. Na początku padł w niej gaźnik to kupiłem nowy. potem okazało się, że cała tylna belka trzymająca koła jest spróchniała i w każdej chwili mogę zostawić koła na pierwszym dołku. Nic nie szkodzi, zaprowadziłem ją do Świdra i za 4 bańki pospawali mi cały spód. Na ognisku CB radiowców, pożyczyłem ją Mateuszowi <sąsiadowi z Batorego>, który już nią nie wrócił. Do dziś nie wiem jak on to zrobił, że przestawił rozrząd i pogiął zawory. Więc czekał mnie remont silnika. Remont zrobił mi mechanik na Okrzei, który znał się nie źle na zastawach. Za kolejne 14 baniek wyjechałem moim zielonym żuczkiem na test. Trasa testowa zawsze była ta sama, obwodnicą Otwocką ze Świdra do Otwocka Małego. Tym razem wyciągnęła 135 km/h. Ale byłem dumny. Wyprzedzałem wszystko. Miała tylko jedną wadę, coś było nie tak z układem kierowniczym. Jadąc prosto potrafił sam rzucić samochodem w lewo lub prawo na metr, co przy prędkości ponad 100 km/h bywało bardzo niebezpieczne. Wyprzedzałem raz na trasie testowej jakiegoś dziadka i właśnie w momencie wyprzedzania, rzuciło mnie około metra w stronę dziadka. Trochę mnie ta samowolka wystraszyła, a dziadek zaczął hamować i chyba z pół minuty jechał trąbiąc na mnie. Moją niepełnoletność zakończyłem mocnym akcentem. Mianowicie uśmiercając moją ukochaną zieloną bryczkę. Jechałem wtedy z Radkiem. Umówiliśmy się w kilka osób żeby wyskoczyć do kina do Warszawy. 
Ciągle się sypała, ale była moja :)
Brat Radka, Artur i Sławek pojechali kilka minut wcześniej kaszlakiem. Nie mieliśmy się co martwić. Zastawka latała 135 km/h więc spokojnie ich dogonimy. Artur pojechał Wałem Miedzeszyńskim, więc szybko przemknęliśmy ulicą Batorego i za chwilę byliśmy na Świdrach Wielkich na takim dużym skomplikowanym skrzyżowaniu. Przed skrzyżowaniem miałem na blacie 90 km/h, pamiętam bo nie zwalniałem tam nigdy. Mknęliśmy ulicą Kraszewskiego. Dojeżdżając do skrzyżowania, droga skręcała w lewo na tyle, że nie widziałem końca zakrętu. Zdziwienie moje sięgnęło zenitu gdy na mój pas ruchu zaczął powolutku wtaczać się stary polonez <prima>. Błyskawicznie opracowałem plan ominięcia go po angielsku, mianowicie z lewej. Byłem już na lewym pasie, a ten baran stwierdził, że jednak wróci na swój pas i pozwoli mi przejechać moim. Znów wyjechał mi na czołówę. Skręciłem najmocniej na ile pozwoliła mi zastawianka by z powrotem odbić w prawo, niestety przy tej prędkości nie można sobie jeździć slalomem. Nie udało nam się bez szwanku wjechać na nasz pierwotny pas ruchu. Poldek w końcu stanął na środku, a my trafiliśmy go przednim lewym błotnikiem i połową maski. Jego trafiłem w przedni lewy błotnik kasując mu dalej, drzwi kierowcy, drzwi pasażera, szybę pasażera z tyłu, próg i tylne koło. Przy uderzeniu zgniotło się całe przednie zawieszenie z lewej strony. Koło miałem w poprzek i to ono nas wyhamowało jakieś 100 metrów dalej. Widząc wybrzuszoną maskę wiedziałem, że dalej już nie pojadę. Zresztą kierownica już nie reagowała na jakąkolwiek próbę manewru. Zostawiając na asfalcie 100 metrowy czarny pasek z gumy. Przy tej prędkości biorąc go na maskę nie wyszlibyśmy z tego cało. Pasy bezpieczeństwa były tak luźne, że można byłoby się nimi okręcić dwukrotnie. W związku z tym, że to był już mój drugi poważny wypadek, wyszedłem z autka całkiem na luzie. Radek drżał cały. Był niesamowicie wkurzony na wafla, który nie potrafił szybko zjechać ze skrzyżowania. Faktem jest, że cięliśmy całkiem szybko. Zaraz przyjechały dwie lawety i po nich policja. Ponieważ uderzenie odbyło się na moim pasie ruchu, pomimo nadmiernej prędkości Pan Władza stwierdził, że wina jest po stronie wafla. Szczęście, że nie było ofiar, w takim wypadku badaliby drogę hamowania i wtedy beknął bym za wszystko. Pożegnałem się tamtego dnia z moją zieloną bryczką, którą kupiłem 4 tygodnie wcześniej i potroiłem jej wartość. Następnie poznałem w jaki sposób działa Polski Zakład Ubezpieczeń który wypłacił mi za nią 8 milionów.

PHU BORAF


Mając na karku dopiero 19 wiosen zostałem podmiotem gospodarczym. Jako szczeniak nie mający nawet 20 lat stałem się odpowiedzialny za prowadzenie sklepu z drewnem, za zamawianie towaru, dostawy, transport, podatki, czynsze i całą masę długów. Zatrudniłem Wojtka z Międzyrzeca Podlaskiego, ale wytrzymałem z nim tylko trzy miesiące.
Wojtek był ... hmm, bardzo osobliwy. Nie miał biedak gdzie spać, więc pozwoliłem mu mieszkać w sklepie w biurze. To co Wojtek wyczyniał, było niemożliwe do opisania. Spróbuję jednak coś sobie przypomnieć. To był totalny luzak. Jak klient prosił o ćwierćwałek, wziął jeden z paczki, (a wszystkie były długości 2,6m). Klient do niego, ale ja potrzebuję tylko metr. A ten zamiast wziąć z kąta gdzie stało ich tysiące, złamał najlepszy i najdroższy kolanem na pół i mówi: `Proszę, policzę za 1m` :) totalny luzak. Denerwowało go, że w biurze okno się nie otwiera, gdyż nasz gospodarz po prostu zabił je gwoździami, by go nie otwierać i nie blokować jego wąskiego przejścia na tylne podwórko. Wpadł na pomysł, że okno może się otwierać do wewnątrz, nie biorąc pod uwagę, że zawiasy są w dół przykręcił je. Przy pierwszym otwarciu okna mało nie spadło na podłogę, więc wpadł na kolejny genialny pomysł. Przybić okno gwoździami, tym razem od środka. Genialnie, tylko, że teraz padający deszcz wlewałby się do biura. Po ochrzanie od gospodarza, zainstalował je tam gdzie było pierwotnie.
Gdy Marcin Strzyżewski skończył szkołę, zaczął pracować u mnie jako sprzedawca. Bardzo dobrze mi się pracowało z Marcinem, gdy firma zaczęła chylić się ku upadkowi, załatwiłem Marcinowi pracę u Jarka w Gadce i zatrudniłem Piotrka Gąsiorowskiego, który akurat w tamtym okresie miał w życiu pod górkę. Piter jest bardzo dobrym handlowcem i negocjatorem. Niestety pomimo jego drygu do handlu nie udało się utrzymać firmy wskutek coraz to nowych kłód rzucanych przez konkurenta. Jedną z nich było 'przypadkowe' zniknięcie mojego stara.
Gerw bardzo często przyjeżdżał do mnie do sklepu. Gdy nie było klientów, graliśmy na kompie, układaliśmy towar, opalaliśmy się czy majsterkowaliśmy coś przy samochodach. Przyjechał raz na BMX–ie i wyskoczył, żeby za ostatnie grosze kupić sobie pączka. Kupił go i wracał już do nas z powrotem, trzymając w prawej ręce pączka a lewą kierował. W pewnym momencie jakaś gruba baba zaszła mu drogę i młody by w nią nie wjechać zrobił unik. Niestety stracił równowagę i upadł na prawą stronę pięknie rozgniatając pączusia tak, że aż mu wyszedł między palcami. Jak doturlał się do sklepu i nam to opowiedział przez minutę nie mogliśmy opanować wybuchu śmiechu. Nie długo Gerw najeździł się na tym pięknym niklowanym rowerze. Miał manię opierać go o witrynę sklepową bez żadnego zapięcia, w końcu zaraz wychodzi, a tak zapinać i odpinać strasznie męczy człowieka. Kupuje sobie w najlepsze jakieś słodkości a jakiś małolat na jego oczach bierze rower i zaczyna z nim uciekać. Gerw puścił się migiem za nim, biegł długo. Na jego szczęście akcję widział jakiś taksówkarz i dogonił gnoja. Przycisnął go furą do jakiejś siatki i skopał gówniarza. Gerw odzyskał wtedy rower, ale żadnej nauki nie wyciągnął dla siebie z tej lekcji, bo kilka tygodni później inny rowerokrad na jego oczach buchnął mu sprzęt. Nie było już taxówkarza a młody biegł za wolno, by go dorwać, więc pozostało mu tylko pożegnać się z chromowanym prezentem z Niemiec.

PHU WOMAR


           W roku `97, mój staruszek wpadł na pomysł wraz ze mną, by jako dorosły człowiek stanąć na wysokości zadania związanego z firmą. Był to sklep z drewnem. Boazerie, mozaiki, schody, listwy i w ogóle wszystko co może być z drewna. W `91 roku ojciec razem z Waldkiem Czerwieńcem założyli spółkę o brzmiącej ukraińskiej nazwie "Wo-Wa" :) Była wtedy jakaś taka ogólnopolska mania nazywania spółek od imion wspólników. WoWa - Włodek, Waldek, WOMAR - Włodek, Marysia, BORAF ;P :D. Po niedługim czasie, zarząd korporacji Wo-Wa :) uznał, że dwóch prezesów całkowicie nie wystarczy. Dobrali jeszcze kolejnych dwóch. Mieli wtedy dwa sklepy w Otwocku. Na Wawerskiej jeden, a drugi na Kupieckiej. Było czterech prezesów i dwóch pracowników :) Sławek <Czarny> nabijał się z nich. Jak ktoś mu dawał jakieś polecenie, mówił mu 'Nie możesz tak mną rządzić, jedynie jedną drugą mnie tylko :) I jak to bywa w jednomyślnym zarządzie, zyski tak pięknie poszły na minus, że się wszyscy rozseparowali w trybie natychmiastowym. Po mało zgodnym rozstaniu, powstała firma WOMAR, która istniała do roku 2000. W swojej szczytowej kondycji firma była w posiadaniu trzech sklepów z drewnem <Dwa w Otwocku i jeden w Karczewie> i podpisana umowę na otwarcie czwartego obok pierwszego na Wawerskiej, tylko tym razem z panelami, gdyż rynek polski zaczął nasycać się beznadziejnymi panelami wiórowymi na początek i z MDF-u następnie. Żeby zapełnić towarem wszystkie metry kwadratowe sklepów oczywiście potrzeba było floty, funduszy znaczy się. Takim oto sposobem narobiło sie inwestorów i cichych wspólników i w krótkim czasie dochody były mniejsze niż odchody, zarobki , znaczy się :) :P Na koniec całego początkowego zamieszania staruszek został sam i nie źle sobie radził. To w tamtych latach spłacił nasze mieszkanie i kupił tego nieszczęsnego dla mnie merola. Na Wawerskiej został Czarny, a na Kupieckiej Kacper. Przychodziłem codziennie do Czarnego po lekcjach i uczyłem się handlu. Bardzo mi się to podobało. Kontakt z klientami, zamówienia. Za małolata przyjmowałem najbardziej skomplikowane zamówienia praktycznie na wszystko co można było zamówić u producentów z drewna. Praktycznie raz na tydzień, lub raz na dwa tygodnie, staruszek jechał za Żywiec do górali po boazerię świerkową. Przyjeżdżał załadowany po dach niebieskim Mercedesem 608 i zawsze rozwalał nas <mnie i Czarnego> tekstem, chłopaki chodźcie, musimy rozładować samochód. Wyładowywał jedną, najwyżej dwie paczki boazerii i zawsze znikał w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach, załatwić coś nie cierpiącego zwłoki. Cały staruszek. Raz gdy zdarzył się wypadek. Mianowicie podpalono nam salę gdzie chodziliśmy na zebrania. Nazajutrz przyjechało kilkaset osób by uratować to czego nie zniszczył ogień a teraz niszczył deszcz. Staruszek przyszedł, wziął łopatę, wykonał gest kopania, poczekał, aż mu zrobią fotkę i się zmył, artysta.Co ciekawe WOMAR istnieje do dziś, Zenek nie zmienił nazwy, przynajmniej tak jest w necie.