niedziela, 26 lutego 2012

Katakumby w Paryżu


26 czerwca 2005 postanowiliśmy z grupą znajomych zobaczyć w końcu Katakumby, o których tyle słyszeliśmy i na dodatek mieszkamy w ich pobliżu już od około dwóch lat. Z Brigitte, Gerwazym, Vlodkiem, dwoma Romkami i Halinką postanowiliśmy tam zejść. Poszliśmy na Plac Denwert-Rochereau, gdzie jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego znajdował się kamieniołom. Zmiany zaczęły się dopiero w roku 1786 kiedy ze względów higienicznych zaczęto znosić pod ziemię zwłoki najpierw z cmentarza Les Halles z najstarszej części Paryża, następnie z innych. Stanęliśmy w kolejce i po uiszczeniu 5 euro (dziś już 8) od głowy przeszliśmy przez bramki liczące ilość osób, które aktualnie znajdują się pod ziemią by uniknąć pozostawienia kogoś pod ziemią. Paryskie katakumby są bardzo znane, chociażby dlatego, że sam Victor Hugo odwiedzając te podziemia zainspirowany nimi, napisał powieść Nędznicy której akcja rozgrywa się właśnie w katakumbach. Z kolei podczas Drugiej Wojny Światowej działał tam Francuski Ruch Oporu. Nie mogliśmy ominąć takiej atrakcji. Szkoda, że w roku `95 katakumby zostały zakazane dla zwiedzających i dla turystów ostał się tylko jeden szlak z którego nie można nawet odbić w bok, bo wszystko jest pozagradzane kratami. A całe paryskie katakumby rozciągają się na obszarze 770 hektarów. To właśnie stąd pochodził wapień do budowy katedr Notre Dame i 
Chartes. 216 szybów i 45 klatek schodowych łączyło kiedyś powierzchnię ze światem podziemnym. Schodząc na dół czuje się magię tego miejsca. Słabe światło, tajemniczość, wilgoć, uczucie stęchlizny w powietrzu. Zeszliśmy co najmniej 20 metrów pod ziemię, poniżej poziomu metra i kanałów. Na początku korytarze były na tyle niskie, że prawie cały czas musiałem być lekko pochylony. W pewnym momencie jakby niewielka sala na końcu której, małe wejście. Przy wejściu napis zabraniający dotykania czegokolwiek czy palenia. Po wejściu doznaje się szoku. Uczucie nie do opisania. Widok takiej ilości czaszek i kości udowych słabo oświetlonych jest wręcz oszałamiająca. Brigitte po wejściu w ciągu sekundy wróciła się przez wejście i chciała od razu wyjść na powierzchnię. Ale wejście jest tak wąskie, że nawet gdyby chciała nie mogłaby wejść bo cały czas schodzili kolejni turyści. Po chwili można się oswoić z widokiem, lecz nie można wyjść z podziwu jak ogromna ilość kości ludzkich została zniesiona pod ziemię. Jest 
tam pomiędzy 6 a 7 milionów szkieletów. Całe zwiedzane katakumby na wysokość prawie dwóch metrów są usypane kośćmi. Z kości są poukładane przejścia, korytarze, całe ściany z wzorami z czaszek i innych kości. Wszystkie szczątki ludzkie są na tyle stare, że żadne z nich nie są nawet białe, a wręcz ciemno brązowe. Z pewnością ma na to wpływ wilgoć tam panująca. Spacer przy ciągnących się setkami metrów ścian z samych kości piszczelowych, udowych i czaszek wywołuje oszołomienie i wprawia w zadumę nad życiem i śmiercią. Za poukładanymi kośćmi usypana jest cała reszta. Żebra, kręgosłupy, w ogóle wszystkie kości układu szkieletowego człowieka. Idąc cały czas wytyczonym kierunkiem zwiedzania mijamy studnie, kapliczki, grobowce, jaskinie, najróżniejsze budowle. Całe podziemne miasto. Następnie znów kości, miliony kości z tablicami umieszczonymi co jakiś czas informujące w którym roku zostały zniesione i zawsze z dopiskiem 'nieznani'. Sufity wilgotne, czasem pełne wiszących kropel. To i rusz wielkie sklepienia, jak katedry, ciekawie oświetlone. Na każdej ścianie tabliczki z datami, nazwiskami, wszystko starannie przygotowane dla turystów. I w pewnym momencie koniec. Ubrudzeni i umorusani zaczynamy wspinaczkę na powierzchnię. Kolejne tak wąskie schody, jak w hoteliku gdzie pierwszy raz zatrzymaliśmy się kiedyś w pierwszej dzielnicy Paryża. Całkiem tanio było można zejść na dół biorąc pod uwagę, że każde muzeum liczy sobie po 14 euro za wejście. Oczywiście warto wiedzieć, że każda pierwsza niedziela miesiąca prawie wszystkie muzea paryskie są dostępne dla publiczności za darmo. Będąc w Paryżu nie wolno ominąć katakumb. Wrażenie niezapomniane. 


PS: Na więcej fotek zapraszam do albumu katakumby w G+



piątek, 17 lutego 2012

Paryż - Nowa droga życia


Moja przygoda, związana z Paryżem, rozpoczęła się w maju, roku pańskiego 2000, gdy przytłoczony upadkiem firmy, ciężkiej pracy <jeździłem wtedy jako driver w Pęclinie na starach, jelczach i kamazach z materiałami budowlanymi, które najczęściej samemu trzeba było zrzucić, np 12 ton bloczków, bo oczywiście podnośnik hydrauliczny nigdy nie był sprawny> i beznadziejnego wynagrodzenia, a także wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji rodzinnej, szedłem z Brigitte ulicą Marszałkowska od rotundy w kierunku kina Bajka. Przed Mc'Donaldem jest biuro turystyczne. Przez otwarte drzwi widać było okienko kasy, coś jak mały warsztat pracy zegarmistrza i rzucały się bardzo w oczy nazwy stolic europejskich. Londyn, Paryż, Madryt, Berlin. Weszliśmy pewnym krokiem stanęliśmy przed tą kartką i się chwilę zamyśliłem. Miła pani z za szybki wybiła mnie z zadumy pytając czym może służyć. Bez zastanowienia wypaliłem. Dwa bilety do Paryża poproszę. - 'Powrotny?' Usłyszałem w odpowiedzi. - 'Nie! W jedną stronę!'. Nie zapomnę miny tej kobiety i wielkich oczu jakie zrobiła. Podejrzewam po jej reakcji, że nie sprzedała wcześniej biletu w jedna stronę. Decyzja była tak szybka, jak prawie wszystko w moim życiu. Zapewne podświadomie byłem przekonany właśnie do Paryża, bo godzinami słuchałem opowiadań teścia z końcówki lat `80 gdy był wysłany przez Wojsko Polskie do służby w polskim konsulacie i ambasadzie na terenie właśnie Paryża. Piliśmy wtedy najczęściej słodkie wino, domowej produkcji teściów, które z roku na rok było coraz lepsze.
Pierwszy dzień czerwca z Brigitte, dwoma plecakami wypchanymi tylko w niezbędne rzeczy do przeżycia, garstką pieniędzy stawiliśmy się w Warszawie na dworcu Zachodnim, przy stanowiskach autokarów międzynarodowych. Zafundowaliśmy sobie 'Dzień Dziecka'. Długi kilkuletni dzień, który się jeszcze ciągnie. Serce biło niesamowicie mocno, adrenalina, stres, trema. Trudno opisać co się czuje opuszczając Polskę bez myśli, by tu z powrotem wrócić. Jedyny wcześniejszy wyjazd za granicę to były Niemcy, tylko tydzień i jeśli mam być drobiazgowy to także Słowacja przy granicy, oczywiście by zaopatrzyć się w `broszury` przeważnie był to Złoty Bażant lub Smirnyj Mnich. Nie było łatwo uporać się z myślą, że jedziemy gdzieś, gdzie nie znamy nic, nikogo, nie znamy miasta, języka poza kilkoma zwrotami. Przez trzy lata nauki francuskiego zakończonego oceną dostateczną umiałem powiedzieć jedynie, Bon jour, Je m`appel Rafał, J`habitte a Otwock, Merci. Tak genialnie wyedukowany, ruszyłem na podbój Francji. Nie pamiętam już dokładnie kto nas wtedy odprowadzał, ale kojarzę fathera, bo jeszcze wtedy był w Polsce. Włączony przez kierowcę silnik kilka minut przed 12H00, dał znać wszystkim, że należy zajmować miejsca. Wtedy zaczęły się uściski i łzy. Pomachaliśmy sobie na good bye i się zaczęła 22 godzinna podróż z czterema godzinami postoju w korku 
samych autobusów na granicy w Świecku. Pod koniec podróży juz nie wiedzieliśmy jak sie ułożyć na tym totalnie niewygodnym siedzeniu, ale przejazd przez Avenue Grand Armee, następnie koło Łuku Tryumfalnego <L`Arc de Triomphe> i Champs Elysees, oraz Place de la Concorde i widok Wieży Eifla z daleka zrekompensował całą niewygodę. Kierowcy wyjęli wszystkie torby i plecaki i zniknęli w gąszczu pojazdów. Cóż nam zostało. Pierwsza myśl, to skontaktować się z kimkolwiek, więc trzeba znaleźć jakiś telefon, którego na placu Concorde w zasięgu wzroku nie ma. Po raz pierwszy odezwałem się nie w języku ojczystym na francuskiej ziemi.`Where is phone please?` Z odpowiedzi zrozumiałem tyle, że muszę zejść do metra i tam coś znajdę, tak zrobiliśmy. Dzień przed wyjazdem dostałem od znajomego Mirka ze Śródborowa dwa numery telefonów. Pierwszy do jakiegoś Stanisława Cudo a drugi do jakiegoś magika Mietka, których jak się potem okazało spotyka się setkami. :) Oba numery były ośmiocyfrowe, i jakiś koleś pomógł nam obsłużyć jedno z najbardziej skomplikowanych urządzeń tamtego dnia. Mianowicie budkę telefoniczną z kartą chipowa. Spojrzał na numer i mówi łamaną angielszczyzną że 
to są jakieś stare numery, bo od kilku lat centrale telefoniczne są 10 - cyfrowe. Wiec szybko okazało się, że cudem będzie dodzwonić się do Staśka Cudo :) a Mietka najszybciej będzie znaleźć na pierwszym skrzyżowaniu, jakopolskiego kloszarda <tego akurat wtedy nie wiedziałem>. Co nam zostało. Postanowiliśmy znaleźć zbór, słyszeliśmy że jest jeden polski w Paryżu, więc szybki telefon do Nadarzyna nie skontaktował nas z nikim z braci, jednakże zdobyliśmy numer do Betel w Louvier. Zabłysnąłem swoim angielskim tak precyzyjnie, że poproszono mnie bym zadzwonił za 5 minut i podejdzie ktoś mówiący po polsku. Za umówione 5 minut, rzeczywiście odebrała Francuzka mówiąca po polsku z powalającym akcentem francuskim i była na tyle uprzejma że podała nam adres Sali, i numer do Janusza Goldy, przewodniczącego zboru Paris Polonaise jak się później okazało. Zadzwoniliśmy do Janusza i zostaliśmy poproszeni na obiad na drugi dzień, co nas niezmiernie ucieszyło. Pełni nadziei wrzuciliśmy na moje plecy czarno - szary plecak campusa który ważył chyba z 50 kilo, mniejszym obarczyłem Brigitte i z jakimiś torbami podręcznymi, powlekliśmy się przed siebie.  
Bez żadnego sprecyzowanego kierunku szliśmy przed siebie. Minęły chyba dwie godziny gdy w końcu dostrzegliśmy hotel, który wyglądał jak speluna, nie hotel. Pierwsza myśl jaka przyszła do głowy, skoro jest to hotel z minus dwoma gwiazdkami to na pewno będzie tani. Był tak tani, że cała nasza kasa wystarczyłaby nam na trzy doby w tych luksusach. Należy podkreślić ze mieliśmy łazienkę co prawie podwoiło cenę, gdybyśmy wzięli pokój bez niej, ale jak tu wziąć pokój bez łazienki po 22 godzinach w busie i spacerku jak mongoł, obładowany jak wielbłąd przez miasto, `deczko` spocony? W recepcji była babcia która miała poważne problemy z poruszaniem się i to nie z powodu jakiejś choroby tylko ze starości. Była tak wiekowa i pomarszczona jak jaskórka, czyli skórka na jaszczurce :) Z tego co można było zaobserwować poruszała się tylko między recepcją, ubikacją i pokojem w którym było widać siedzącego na fotelu dziadka, który poruszał się jeszcze mniej niż babcia. Przez te dwa dni tam spędzone dziadek nawet nie drgnął. Babcia, po `obrabowaniu` nas, bo tak sie właśnie czuliśmy, rozpoczęliśmy wspinaczkę po schodach okrągłych jak w latarni morskiej, tyle tylko że wymiary tej klatki schodowej zmieściłyby się w wymiarach fiata 126p. Dotarliśmy na drugie piętro i po wejściu do pokoju padliśmy na łóżko. To co mnie bardzo zdziwiło, to dwa prześcieradła jedno na drugim i kołdra 
bez poszewki. Wykończeni do granic możliwości i tak po kilku minutach wstaliśmy, bo oczywiście trzeba `zobaczyć miasto`. Jak się później okazało z Placu Concorde doszliśmy na piechotę aż do Bulwaru Bonne Nouvelle <Dobra Nowina> 
to jest odległość 9 stacji metra. Wychodząc z hotelu postanowiliśmy iść na mały spacerek `dalej` czyli od Concorde wgłąb miasta. Nie wiedzieliśmy wtedy że to jest dzielnica pierwsza, najstarsza część miasta i sam środek Paryża. Pierwsza ulica a raczej aleja <avenue> na jaką trafiliśmy to Strasbourg St Denis, gdy w nią skręciliśmy w ciągu 10 sekund się z niej ewakuowaliśmy, były tam `kobiety` bardzo kolorowo ubrane, jeśli w ogóle można powiedzieć, że były ubrane, wielkie nogi, ramiona, dłonie i na pierwszy rzut oka pomimo radzieckiego makijażu rzucającego się bardziej w oczy niż czerwone światło na skrzyżowaniu widać, że ta pani się nie ogoliła. Owszem było to lekkim szokiem wejść na ulicę pełną trawersów z których każdy / każda zżerał / zżerała cię wzrokiem. Nawet nie wiem w jakim rodzaju pisać, może w nijakim. To patrzyło. He he. Po expresowym oddaleniu się z jednego jak się okazało z najsłynniejszych bulwarów, znaleźliśmy chwilę by popodziwiać stare budowle, wystawy sklepowe, samochody do jakich nie byliśmy przyzwyczajeni, po za kinem czy TV i te śmieszne `strumyki`. Przy każdym krawężniku płynęła woda szerokości gdzieś 30 cm i znosiła 
wszelkie pety, papiery, w ogóle wszystko co dało się zmyć i znikała przed każdym skrzyżowaniem. Uderzający był syf jaki dostrzegliśmy w tabac-u <kawiarni>. Nie widzieliśmy jeszcze że tyle papierów, śmieci i kiepów, może leżeć na podłodze a mimo to knajpa jest pełna i prawie nie ma miejsca by się tam zainstalować chociażby na jedną kolejkę. Poinformowano nas później że te strumyki zabierają wszystkie śmiecie, bo wygodny naród francuski ma problemy ze znalezieniem koszy na śmieci i rzuca wszystko na chodnik czy pod nogi, a z kolei o renomie tabac-u świadczy ilość śmieci, gdyż im więcej śmieci, czyli więcej przewinęło się klientów.

Janów k/ Karczewa


Z taką skrupulatnością z jaką poznawaliśmy okolice osiedla, na piechotę, następnie na rowerach, zaczęliśmy z czasem poznawać okoliczne miejscowości i wszystkie drogi i skróty w promieniu 100 kilometrów od domu. Tak oto trafiliśmy do Janowa. Słyszałem tylko, że są tam bagna i bardzo mi się to spodobało. Pierwszy raz wybraliśmy się tam z Mikelem i Markiem kaszlakiem, oczywiście po północy. Wjeżdżając do Janowa pod koniec długiej prostej łączącej Janów ze światem zewnętrznym jest mostek i nierówny asfalt który ładnie wyrzuca samochód przy ponad setce. Najlepszy jest efekt gdy przed samym mostem jadąc pełną prędkością wyłączy się światła i wszyscy w samochodzie chcą wiedzieć co się dzieje, pełni niepokoju zaczynają się rozglądać i w tym momencie następuje wyskok. Co mniej sprytni uderzają się głowami w co 
popadnie, na przykład w sufit, szybę czy pasażera obok. I najczęściej słychać wrzask zarzynanych kurczaków :) w momencie lotu i ponownego zetknięcia się z ziemia :) oczywiście od razu trzeba heblować maxymalnie, bo wpada się małe skrzyżowanko. Cala ta akcja daje bardzo ciekawy efekt. Tamtej pierwszej nocy wjechaliśmy malarem wgłąb lasu. Dojechaliśmy do czegoś w stylu skrzyżowania w lesie. Dalej szliśmy na piechote, bo nawet kaszlaczek by tam nie wjechał. Po obu stronach mieliśmy jeziorka i bagna. Szliśmy bardzo powoli bo noc była bezksiężycowa i kompletnie nic nie było widać na 3 metry na przód. Dzisiaj każdy zaświeciłby komórą, ale wtedy te Dancale były tak duże ze do ich transportowania były potrzebne wózeczki na kolkach, albo ramię Schwarzeneggera. Posuwaliśmy się bardzo powoli, nie wiedzieliśmy wtedy, że jeziorka są usytuowane jedne za drugimi w dwóch rzędach. Doszliśmy do końca pierwszego jeziorka, potem przez chaszcze do drugiego i po miękkim torfie do trzeciego. Było na tyle miękko, ze baliśmy się o nasze buty, gdyż łatwo można było je tam stracić. Na tym trzecim jeziorku kilka tygodni później widzieliśmy z Brigitte bobra, z tą drobną różnicą, że pojechaliśmy tam w dzień. Nie dało rady wyrwać się w nocy, bo miała co chwilę szlaban i zakaz spotykania się ze mną. Jednakże wyskoczyć do Janowa na bagna jest super, ale w nocy i bardzo polecam ;) dla dodania pikanterii skok na dolocie.... na własną odpowiedzialność oczywiście :) 
 

Dzwon przed maską


Pokonując dziennie około 100 kilometrów, oraz średnio w miesiącu dwie trasy Otwock - Żywiec i cztery Otwock - Hajnówka. W przeciągu jednego miesiąca potrafiłem przekroczyć pięć a czasem siedem tysięcy kilometrów. Pomimo ogromnego zmęczenia dalej mogłem jeździć dalej i dłużej. Uwielbiam jeździć, aczkolwiek większa liczba przejechanych kilometrów sprawia, że często jesteśmy w najróżniejszych niebezpiecznych sytuacjach na drodze, czasem uczestniczymy w wypadkach i to najczęściej nie z naszej winy. Naoglądałem się bardzo dużo wypadków, łącznie ze śmiertelnymi. Przejechałem setki tysięcy kilometrów po autostradach całej europy i muszę niestety przyznać, że na terenie polski widziałem najwięcej najpoważniejszych wypadków. Było to wiosną 2000 roku, jechaliśmy z Brigitte z Pęclina do Otwocka. Pędziliśmy sobie wiekowym kaszlaczkiem z pięknymi chromowanymi zderzakami rocznik osiem zero. Pomalowany w panterkę, bo po pierwszej zimie kolor na łatki nie był dokładnie dobrany, a rok później kolejne łatki były jeszcze jaśniejsze od dwóch poprzednich kolorów. Hamulec ręczny stanowił raczej ozdobę, nigdy nie dał się naprawić, a pod maską 5-cio kilowa gaśnica od stara, która swoją wielkością tworzyła strefę kontrolowanego zgniotu. Jak to bywa w tego typu mobilach strefa ta kończy się zazwyczaj na tylnej szybie, czego na szczęście nigdy na swojej skórze nie sprawdziłem. Otóż pędziliśmy 
Brigittowym maluszkiem od Wólki Mlądzkiej ulicą Żeromskiego. Przejazd kolejowy w Otwocku znajduje się na wzniesieniu ograniczając widoczność, czyniąc dwa skrzyżowania po obu jego stronach bardzo niebezpiecznymi. Dojeżdżaliśmy do niego będąc na samym szczycie wzniesienia zwalniając prawie do zera i przeciągu zaledwie pięciu sekund byliśmy świadkami dantejskiej sceny. Z naprzeciwka nadjeżdżała zielona daewoo nubira na otwockich blachach z przepisową prędkością. Dziadek jechał z babcią do kościoła, byli jakieś 10 metrów przed nami. Przed przejazdem zaczęli zwalniać pomimo pierwszeństwa, jadąc bardzo ostrożnie. Z mojej lewej strony, ulicą Armii Krajowej od strony Celestynowa z ogromną prędkością leciał czarny mercedes 190-tka. Gdy wyłonił się z za budki dróżnika na sekundę wcześniej wiedziałem co się zaraz stanie. Nie było nawet sekundy by zareagować, ani momentu by dać im jakikolwiek znak, że zaraz dojdzie do tragedii. Mercedes wbił się w nubirę w przednie i tylne drzwi od strony pasażera, przekazując mu całą siłę uderzenia. Nubira poruszając się z pewną prędkością w naszą stronę po otrzymaniu uderzenia oderwała się od ziemi. Zaczęła się obracać w powietrzu, lecąc w kierunku naszego maluszka. Koła jej uniosły się na wysokość naszej przedniej szyby. Zamarliśmy ze strachu czekając kiedy nubira wbije się prosto w nas. Siła była tak potężna, że uderzony pojazd wyrzucony w powietrze z prawego pasa na którym jechał obracając się spadł najpierw dwa metry od nas z naszej prawej strony na lewe pobocze, przelatując przed naszymi wielkimi jak dwa euro oczami. Po upadku na ziemię nie zatrzymał się jeszcze. Z całym impetem obrócił się jeszcze o 180 stopni wbijając się w niskie betonowe ogrodzenie już za torami. Mercedes nie odbił się daleko, gdyż cały swój impet oddał koreańcowi, obrócił się o 180 stopni i zatrzymał tylnymi kołami na chodniku. Pomimo całej pielgrzymki która szła i wracała z kościoła szczęśliwym trafem nikogo nie było w polu rażenia. Nubira zrobiła całe 360 stopni lecąc na wysokości metra przed nami, spadając dwa metry obok bladej Brigitte, rozbijając się za nami. Największy moment strachu mieliśmy widząc spód samochodu, rurę wydechową, koła, półosie przed samymi oczami i ten krzyk. Krzyk tej kobiety był tak przeraźliwy, że wydawał się nie mieć końca. Słyszeliśmy go przed sobą a skończył się za nami. Jak w ówczesnym nowym kinie femina dolby surround, z tą drobną różnicą, że mieliśmy to na żywo. Przez kolejnych kilka sekund cisza. Grobowa cisza. Wyskoczyłem z samochodu na środek skrzyżowania. Wszyscy się zatrzymali w promieniu 50 metrów i nikt nic nie mówił. Totalna cisza. Patrze na merca, który stał przodem w moją stronę. Zderzak zaczynał, się przy przedniej szybie. W środku dwóch młodych chłopaków po około 25 lat. Pomimo całkowicie zmiażdżonego przodu silnik wciąż w nim pracował. W czasie uderzenia włączyły mu się wycieraczki na najszybszy bieg. Młody człowiek był całkowicie w szoku. Zaczął wychodzić z samochodu. Nie słyszał nic co do niego mówiłem. Pokazałem mu więc na migi by wyłączył silnik. Zrobił to. 
Wciąż powtarzał, że 'nie chciał, że śpieszyli się do szpitala do kogoś z rodziny'. Nie byli miejscowi. Numery mieli warszawskie i przeoczyli wielki, czerwony znak stopu. Faktycznie jadąc szybko wzdłuż torów sam się czasem zapomniałem, że to ulica przecinająca przejazd ma pierwszeństwo. Ja, byłem miejscowy i czasem zamyślony o tym zapomniałem, co dopiero chłopaki z Wawy, którzy jeszcze śpieszyli się do szpitala. Spojrzałem w kierunku daewoo. Uderzone drzwi były od mojej strony. Zobaczyłem krew. Brigitte się odwróciła. Zbiegło się tam kilkanaście osób. Nie mogli otworzyć drzwi od strony pasażera. Dziadek wysiadł i ludzie zaczęli wyciągać babcię. W kilka sekund po wypadku, ktoś zadzwonił po pogotowie. W tym momencie nadjechali teściowie, daliśmy im znać, że nam nic nie jest, żeby jechali dalej. My zaraz do nich dołączymy. Zanim teść odjechał już słychać było dźwięk karetki, która przyjechała na miejsce zdarzenia w przeciągu trzech minut. Sanitariusze wyjęli nosze, przełożyli delikatnie kobietę i błyskawicznie odjechali w stronę szpitala. Pytałem czy w jakiś sposób mogę pomóc. Może chcą moje dane jako świadka. Podziękowali mi. Otrzymali za chwile pierwszą pomoc medyczną, nie byliśmy już potrzebni, odjechaliśmy stamtąd resztę drogi jadąc nie więcej niż 40 km/h. Miałem zwyczaj skakać z tego przejazdu, różnymi sprzętami. Po tym wydarzeniu, już tu nigdy więcej nie skoczyłem. Możesz jeździć najlepiej i najbezpieczniej, stosując się do wszelkich przepisów ruchu drogowego i mieć staż kilkadziesiąt lat za kółkiem, być doświadczony i mając przejechane setki tysięcy kilometrów ... a nadchodzi jedna chwila ... moment ... ułamek sekundy, nie znasz dnia ani godziny.

Star 200

Po 'popsuciu' zastawki i kilku maluchów postanowiłem kupić stara 200. Staruszek bardzo mi odradzał tego zakupu, a ja chciałem mieć własną ciężarówkę. Kilka tygodni później pojechałem z bratem mojej mamy Piotrkiem do Izabelina pod Warszawą i przyprowadziłem eleganckiego zielonego Stara 200 skrzyniowego. Podobno nie jeździłem nim wolniej niż osobówkami. Ale nie zgadzam się z tym bo rozpędziłem go do 110 km/h pomimo, że licznik miał do 90 km/h. Każdy wyjazd nim w góry było to niesamowite przeżycie. Na 90% byłem pewien, że coś się w nim popsuje. Woziłem w kabinie dwie skrzynki pełne narzędzi mogąc w razie potrzeby rozkręcić w nim wszystko na drodze. Tych awarii było tak dużo, że większości z nich nie pamiętam. Znajomi, których ze sobą zabierałem przypominali mi co się przy kim popsuło. Pamiętam, jak jadąc do Żywca. Zatankowałem do pełna na stacji w Piotrowicach przed Górą Kalwarią. Wtedy jakimś cudem urwał się przewód paliwowy. Co ciekawe nie przewód zasilający pompę wtryskową tylko powrotny do zbiornika. W związku z czym paliwo było cały czas podawane do silnika, jednakże do zbiornika nic nie wracało. Paliwo lało się strumieniem wody z kranu. Dojechałem do Góry Kalwarii i każdy kto mnie wyprzedzał trąbił, dawał znaki światłami, że coś jest nie tak. Oczywiście kontrolka paliwa nie działała i nie mogłem wiedzieć, że na górce przed Górą wypompowało mi już ponad 100 litrów ropy. Na skrzyżowaniu <obecnie rondo> skręciłem w prawo i się zatrzymałem. Droga za mną była cała zalana paliwem. Stanąłem przed staruchem a z całego silnika leje się paliwo. Zanim wyłączyłem silnik wszędzie było pełno ropy, płynęła sobie nawet przy krawężniku. Naprawiłem to w minutę zakładając na plastikowy przewód nową złączkę ściskaną śrubokrętem zamieszczając przewód powrotu na swoim miejscu. Zmierzyłem następnie góralskim sposobem ile mam paliwa. Mianowicie zanurzając końcówkę metrówki w zbiorniku aż dotknie dna, następnie patrzyłem ile centymetrów się zanurzyło i obliczałem ile mniej więcej mam paliwa. Zostało mi około 30 litrów ze 150 litrowego zbiornika napełnionego do pełna 10 kilometrów wcześniej. Średnia spalania wyszła mi taka sama jak niemieckiego lekkiego czołgu Panzerkampfwagen I z II Wojny Światowej 100 litrów na 10 kilometrów. Gdybym miał większe zbiorniki i nikt by mnie nie zatrzymywał z pewnością mógłbym porównać starucha do Tygrysa który palił 500 litrów na stówę, ale na szczęście miałem maleńki 150 litrowy zbiorniczek.

Kaszlak


Po zastawce kupiłem kaszlaka, jak każdy szanujący się małolat, by nie drałowac z buta, lepiej było źle jechać niż dobrze iść. Był to pierwszy z czterech jakie się 'popsuły' pod moją nogą, nie zawsze lekką. Pojechaliśmy z Gerwazym do Nadbrzeża, odwiedzić Olkę, Sławka i Dorotę. Gerw poprosił mnie o przejażdżkę, chciał pierwszy raz w życiu pojechać samodzielnie pojazdem mechanicznym. 
Jeździ po wszystkich ... chodnikach :)
Dlaczego nie? Nie będę przecież wyrodnym bratem i dam mu spróbować. Miałem wtedy 18 lat, więc z obliczeń mi wynika, że młody miał wtedy 12 wiosen na karku. Nie mogłem mu dać jeździć po asfalcie - co by nas glinicjańci nie zatrzymali - ani po podwórku Sławka – co by nikt na nas nie podkablował - więc pojechaliśmy za wał przeciw powodziowy nad samą Wisłę. Tam oprócz wędkarzy w dzień nikt nie jeździ. Droga prosta z płyt betonowych z jednym zakrętem 90 stopni. Droga leci wzdłuż wału od strony rzeki następnie skręca w lewo do samej Wisły. Pobocza nie było, bo stan wody w rzece był na tyle wysoki, że woda podchodziła pod same płyty betonowe, aczkolwiek nie było jej widać na pierwszy rzut oka, bo wszędzie było pełno roślinności, gałęzi i różnego rodzaju zielska. Młody wsiadł za stery. Oczy zrobiły mu się duże jak 5 zeta i ten dziwny uśmiech. Sprzęgło, jedynka i lekkim zrywem rzuciło nas do przodu. Toczymy się. Moc panowania nad samochodem tak go zahipnotyzowała, ze całkowicie odłączył się od świata zewnętrznego. Był tylko on i kaszlak. Nie słyszał kompletnie nic, co do niego mówiłem. Zareagował tylko na słowo sprzęgło, by wrzucić dwójkę. Toczył się jakieś 20 czy 30 na godzinę z niesamowitym uśmieszkiem, który zaczął budzić moje podejrzenia. Jedziemy wzdłuż wału, do zakrętu mamy z 50 metrów. Mówię 'zwalniaj powoli, zakręt'. Chyba się czuł jak kapitan tankowca który manewr wykonuje z kilku kilometrowym opóźnieniem, bo nawet nie drgnął, tylko dalej uśmiechał się durnie co zaczęło mnie stresować. Widzę już oczami wiary jak nurkujemy w Wiśle, więc muszę błyskawicznie temu zapobiec. 'Hamuj!' krzyczę. Totalny brak świadomości. 'HAMUJ!!!' Drę się z odległości 15 centymetrów i dupa. Jedzie jak jechał prościusieńko do wody jak jechał. Zdążyłem tylko w ostatniej chwili złapać za kierownicę i skręcić ostro w lewo. Weszliśmy w zakręt poślizgiem. Wyprostowałem i krzyczę dalej 'Hamuj!, Stój!, Zatrzymaj samochód!' Zero reakcji. A teraz jesteśmy na prostej do wodowania statków, czy tam mostu pontonowego. Zdenerwowałem się już tak bardzo, że siedząc na siedzeniu pasażera z moim wzrostem nie mając za dużo miejsca, podnieść nogę i wepchnąć ją na pedały. Przyciskając z całej siły jego nogi wcisnąłem hamulec. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi przed zjazdem. Roztrzęsiony, drę się 'Wysiadaj!!!' A on dalej z tym głupkowatym uśmieszkiem gapił się w siną dal, a raczej w siną Wisłę. Wywaliłem go z fotela kierowcy, wykręciłem nawrotkę i oddaliłem się czym prędzej z miejsca gdzie Gerw chciał z kaszlaka zrobić łodź podwodną. Więcej nie dotknął się niczego czym jeździłem. Dopiero 13 lat później prowadził moją betę z nad 'Morskiego Oka' w dawnym siedleckim, gdy leżałem w bagażniku z 40 stopniową gorączką. Teraz jeździ spoko, ale to co wtedy przeżyłem na bank 
1982 rocznik, chromy :)
dodało mi kilka siwych włosów. Taki total stresior nie zdarza się co dzień. Dostałem extra nauczkę, że małolatom nie wolno dawać samochodu. Zapomniałem w tamtym momencie jak ja się czułem gdy pierwszy raz sam prowadziłem Merawkę 123, z wiadomym sqtkiem. Kilka tygodni później Carlos jechał kaszlakiem Brigitte w podobnym szoku, również nie słysząc jak się darła by się zatrzymał. Co prawda umiałem jeździć osobówkami od 11 roku życia, a ciężarówką 608 - ką jeździłem po Otwocku mając 13 wiosen, ale nie zaufałem już żadnemu młokosowi, to znaczy 'doświadczonemu kilkunastoletniemu kierowcy'.


Czasówka do Hajnówki


Całkiem szybki jak na swoje lata :)
Jeżdżąc często z ojcem do Hajnówki, poznałem tą trasę na pamięć. Droga zabierała fatherowi 3 i pół godziny. W tamtym właśnie okresie w 1992 roku poznałem Tomka Bartoszuka na którego w Paryżu wszyscy wołają Soldares. Postanowiłem sobie, że pojadę po tej trasie szybciej. Jeździłem tam najróżniejszymi sprzętami, szukając wszelkich skrótów i szybszych przejazdów. Nie było trudno pojechać szybciej, w końcu od znaku drogowego Otwock do znaku Hajnówka było dokładnie 225 kilometrów. Pamiętam że pierwszy dobry czas osiągnąłem jadąc białym polonezem 'primą'. Miałem wtedy czas 1:54:16 sekund. Jeden jedyny raz udało mi się go pobić, innym z kolei polonezem. Ciekawe, że jeszcze starszym modelem, mianowicie 'akwarium' pożyczonym od znajomka Jarka z Zabierzek. Otwock - Hajnówka w 1:51:10. Był to wtedy mój absolutny rekord. Dojeżdżając do 'mety' miałem bardzo adrenalinowe hamowanie. Tablica z nazwą miasta jest w puszczy. Na czas jeździłem przez Kleszczele bo mniejszy tam był ruch i przez wioski można było ciąć prawie bez przerwy 140 km/h. Na długiej prostej przed samą Hajnówką można było lecieć 1.7 Na wysokości znaku po moim pasie toczył się ciągnik z jakimś śmiesznym sprzętem do robienia czegoś tam na polu. Oczywiście musiałem go wyprzedzić, by nie tracić cennych sekund. Z naprzeciwka mknęła w moim kierunku biała osobówka. Kierując jedną ręką - w drugiej miałem stoper, by go zaraz wyłączyć - spostrzegłem w ostatniej chwili, że się nie zmieszczę. Pisk był niesamowity. Oczami wyobraźni, widziałem już te metalowe precle wbite w maskę poldka. Hebel wyhamował mnie na tyle, że osobówka zdążyła przejechać, a ja z całym impetem wyskoczyłem zza ciągnika o centymetry od dwóch pojazdów. Potem meta - stoper - 1:51:10. Nie zapomnę tego czasu. Dopiero kilka sekund po tej akcji poczułem, że jestem cały spocony i postanowiłem już więcej na czas nie jeździć. Było kilka momentów 'na granicy'. Raz krowa wyszła na mój pas, minąłem ją na klaksonie przy prawym poboczu, przy kulturalnej 
prędkości. Innym razem jakiś dziadek na wiosce cofał wozem konnym na ulicę. Też go musiałem strąbić. Potem wyrobiłem sobie nawyk. Wpadając do jakiejkolwiek wioski lewa ręka wędrowała automatycznie na klakson. Do dziś mam ten tik :) Teraz spokojnie ten czas bym pobił, bo teraz jest czym polatać. Paweł kumpel z Paryża pochwalił się raz że poleciał swoją betą 2.3 w terenie zabudowanym. Oczywiście z moim upartym charakterem nie mogłem tego przeżyć, więc przy pierwszej nadarzającej się sposobności przycisnąłem do 2.4, należy dodać że z 5 osobami na pokładzie i to na dawnej hajnowskiej trasie. Tak wiem, że to nie jest mądre, ale uczucie niesamowite :) Paweł ostatnio zamknął budzik w 330 - stce <250 km/h> na jakiejś autostradzie, na razie tego nie pobije, bo moja 528 lata tylko 2.4 przy średnim spalaniu ponad 16l/100km ;) Przypomina mi się jeden z wcześniejszych razów gdy leciałem na czas mercem 'beczką'. Za miejscowością Liw jakiś dziadek zatrzymywał 'okazję'. Zatrzymałem się błyskawicznie. Dziadek chciał podjechać z 5 kilometrów do Węgrowa. Usiadł z tyłu z prawej strony. Gdy zobaczył jak ruszyłem, złapał się dwoma rękami rączki nad oknem. Gdybym nie wyprzedzał na ciągłej i na moście przed Węgrowem pewnie dojechałby z nami tam gdzie potrzebował. Jednakże stwierdził, że musi natychmiast wysiąść, bo już przejechaliśmy miejsce gdzie chciał wysiąść. Za szybko z młodym nieznanym kierowcą pewnie nie pojedzie. :)